codziennie wstaję o piątej rano,tak w dzisiejszy niedzielny poranek też, a kiedy pracuję to jeszcze wcześniej i w cholerę czuję się jak na karuzeli i szybciej i szybciej i z niczym nadążyć nie mogę. Tydzień poświąteczny miałam mieć lajtowy, prawie nie pracowałam, bywałam mniej u mamy. I co ? Objawiła się franca od lat niewidziana, dzięki prochom, których teraz nie biorę. Jeden dzień waliłam głową o ścianę, mniej bolała, na drugi dzień wymiotowałam, trzeciego dnia musiałam podnieść swe zwłoki do poradni, czekałam na tę wizytę przez wiele miesięcy. Wypluta, wyżuta, 10 lat starsza ( plus z 5 kg mniej) zrobiłam rewelacyjne wrażenie na lekarce, trzy razy mi wszystko powtarzała i w końcu zwątpiwszy, że coś do mnie dotrze, wydrukowała wszystko na kartkach A-4, a ja przecież w zasadzie jestem tak intelygentna że nawet IKP mam. A potem byłam tak słaba, że tylko czytać mogłam, magiczne księgi a wszystko odłogiem leżąło.
I wkurzona bez przyczyny chodzę i jestem niemiła dla człowieka, który idzie środkiem rowerowej ścieżki, dla chłopaka, który gołymi rękoma grzebie w piekarni w koszach z bułkami, dla dziada, który swoje 4 kółka zaparkował na trawniku, bo za daleko na parking. I na mamę jestem zła, co dodatkowo przytłacza mnie poczuciem winy. Wychodzę z mamą i Barim na spacery. Bari to berneńczyk, kto czytuje Trollę, to wie jak wygląda psisko, nasz jest samcem, czyli jest 10 kg cięższy i sporo większy. Kiedy pojawił się u rodziców w domu, krótko po tym ojciec zaczął chorować i nie miał go kto wyprowadzić na ludzi. Mnie nie było, siostry nie interesują zwierzaki, a mama jest od dawania przysmaków. Wychodzimy zatem, pies idzie w jedną stronę, bo tam coś mu pachnie, mama, słabo widząca i słabo słysząca w drugą, drę się na psa, żeby nie ciągnął,on jest wszak silniejszy, drę się na mamę,bo ta czasami popyla środkiem osiedlowej uliczki, po której wszakże potrafią jezdzić wariaci,ale ona przecież nie słyszy. Czasami się nie drę,tylko się śmieję. Mama w końcu zatrzymuje się zauważywszy, że nas nie ma, albo pies postanawia połączyć stado, za kilkanaście minut historia się powtarza i tak dzień w dzień...
W sobotę nie pojechałam do prac rolnych, moje piękne liliowe tulipany zostały podcięte przez nornice, noż straciłam entuzjazm do bezowocnych wysiłków. Wybrałam się na wycieczkę. Szliśmy lasami, łąkami, potem wałami i w końcu nad samą Wisłą. Relaksująco i spokojnie bardzo, szedł z nami przewodniczący PeTTeku, człowiek o ogromnej wiedzy, opowiadał, opowiadał i opowiadał i szliśmy w szalonym tempie 3km/h :)