wczoraj mi się przydarzył, jedna z najmilszych wycieczek, które odbyłam w tym roku. Niespodziewanie zupełnie. Plan był inny, kolejny raz, wykorzystując nadzwyczaj pogodną aurę chciałam uderzyć w czeskie skały, z rowerem tym razem, coby tam w końcu dotrzeć. Przygotowałam się, zamontowałam dodatkowe oświetlenie, wiadomo, z powodu krótszego dnia przewidywałam jazdę po ciemku, pożyczyłam wypasiony powerbank, mój niestety kupiony po taniości nie zdał egzaminu, czy przy kupowaniu patrzyłam na parametry, szybkość ładowania, ależ po co ? Myślałam sobie, używam sporadycznie, zwykły wystarczy, ale kiedy jesteś rzeczywiście za górami i lasami i telefon ledwie zipie...wiadomo oszczędny dwa razy traci. Przejeżdżając obok dworca, środek tygodnia, wstąpiłam do kasy zakupić bilety, a tu zonk biletów na rower brak. Przez długą chwilę zastanawiałam się czy może znowu ruszyć pieszo, ale powtórzenie scenariusza z poprzedniej wyprawy było aż nazbyt prawdopodobne. Pociągi dalekobieżne spózniają się regularnie, czekać potem godzinę, czy półtorej na przesiadkę, dwie godziny na autobus. To nie jest kaszka z mleczkiem dla takiej staruchy jak ja, dwie kolejne noce spędzić w pciągu, a dzień pomiedzy spędzić na forsownych marszach. Odpuściłam niechętnie, bo a nuż nie doczekam wiosny, albo co gorsza przestanie mi się chcieć. Ale taka pogoda na sobotę, spędzić ją z grupą narzekających na wędrówkach wokół komina ? No way ! Uznałam że pojadę w przeciwną stronę. Podróż z przesiadkami, wysiadłam Pelpinie, w którym nigdy dotąd nie byłam, a moim celem byłó Arboretum w Wirtach, o którym kiedyś czytałam. Nie wiem czy to miekkie światło, czy powietrze wokół, ani cienia wiatru, jechało mi się znakomicie. W samym Pelpinie, przez chwilę podziwiałam katedrę, potem wspięłam się na górę do ogrodów, bardzo zadbany teren, trawniki pięknie utzymane, staw. Aplikacja prowadziła mnie nieomal samymi asfaltowymi ścieżkami rowerowymi, Kociewie jest cudne, z górki, pod górkę, ani chwili nudy, znużenia. Wirty odwiedzę raz jeszcze, wiosną koniecznie muszę, kilkadziesiąt rodzajów bzów, różaneczników, w tej chwili wiadomo wyglądają nie za ciekawie, ale że jest tyle odmian. Każde z drzew tam rosnących reprezentowane było przez wiele innych chociażby z nazw, nawet najzwyklejsze brzozy rosły w sporej grupce, każda inna. Niezwykły spokój i cisza, to jest ogromny obszar, miałam niecała godzinę, ale dawno nie zdarzyło mi się tak spacerować po prostu i cieszyć się tym co mnie otacza, zostałabym tam najchętniej cały dzień. Jako ,ze nie miałam biletu na powrót, uznałam , że nie wracam do Pelpina, bo jeżeli jest kasa biletowa i nie byłoby już biletu na rower, uznałam , że strategiczniej jest wsiąść na jakiejś małej stacyjce, bo jak już się siedzi w środku, konduktor macha tylko ręką, tym razem nawigacja poprowadziła mnie przez zupełnie inne okoliczności, lasami, piachami był i bruk, najbardziej dokuczyły mi płyty betonowe z dziurami, trzęsło rowerem i mną przy okazji, bałam się ,ze rower mi się w trakcie rozpadnie, nawet z jednej przydroznej chałupy wyskoczył pies i leciał za mną spory kawałek usiłując dobrać się do mojej kostki, jak przypuszczam. Nie wiedziałam, że na Kociewiu tyle jezior, co rusz przejeżdżałam obok, rzepak pachniał rzepakiem a zaorane pola świeżoscią. Dojechałam do stacyjki ze sporym zapasem i wreszcie mogłam dopić resztę kawy, wcześniej nie miałam czasu. A na stacyjce kogo spotkałam, swojego rozmówcę, który wsiadał do porannego pociągu w Bydgoszczy, tam miałam przesiadkę. Cała drogę gadaliśmy o tym i owym. W porannym pociągu był jeszcze jeden rowerzysta, wyglądał jak model z salonu wystawowego raphy, bez zarzutu, próbowałam zagaić rozmowę, ale było widać ewidentnie, że nie ma ochotę na konwersacje, co mnie nie zdziwiło, ludki tak dopieszczone stylistycznie nie gadają z byle kim. Potem wsiadł chłopak w zwykłych spodniach i kurtce i czas nam zleciał nie wiadomo kiedy, na rozmowach, tak samo w czasie powrotu. Sama zakładam ciuchy rowerowe kiedy jadę z grupą, nie chcę się wyrózniać, kiedy jadę sama, najważniejsza jest wygoda, wczoraj były bojówki i bluza, którą bardzo lubię. Cały wczorajszy dzień był niezwykle świetlisty, nastrojowy, nawet goniący mnie Burek nie zepsuł mi humoru, a zmęczenie, jakie zmęczenie :)
Wracają cyberwtorki, nie wiem jak będzie, prowadząca zdecydowała połaczyć dwie grupy w jedną, a przecież już wcześniej zdarzało się ,ze przy pewnych tematach dwie, trzy osoby tak absorbowały jej uwagę, że reszta utknąwszy na jakimś cwiczeniu nie miała szansy na pomoc. Ano zobaczymy, powtarzam sobie tylko, siedz cicho, siedz cicho i siedz cicho, nie chcę słyszeć tak jak w ub.r. jak una taka mundra to po co una tu przychodzi. "Una" czyta różne rzeczy, więc o róznych rzeczach wie, niestety, ta pozorna wiedza nie przekłada się na praktyczne na przykład rozwiązanie problemów. Sama nie jestem w stanie zmobilizować się, przełamać niechęci chociażby do prób, a niestety w tej chwili brak jakichkolwiek kompetencji cyfrowych to skazanie się jakby na wtórny analfabetyzm. oczekiwałabym, że pożadane umiejętności splyną na mnie niczym objawienie w momencie kiedy ich potrzebuję, jednak nic z tego. Toteż postaram się być na następnych paru zajęciach żeby zobaczyć jak się sytuacja rozwinie.
Sny mnie dręczą, a to samochód jedzie z całym rozpędem w moją stronę, a to ja jadąc z górki na rowerze widzę przed sobą słup, którego nie jestem w stanie ominąć.






