niedziela, 23 lutego 2025

Moje maleństwo

 zimą najbardziej lubi tarzać się w śniegu, obawiam się niestety, że to już ostatnia taka przyjemność  w tym sezonie. Bardzo natomiast nie lubi być fotografowany o ile nie masz w ręku pachnącego argumentu. Ja ostatnio nie miałam. 

Tu wzięty z zaskoczenia.

tu już wyraża swoją dezaprobatę.

Tu ją dobitniej podkreśla.
Pocałuj mnie w ogon.

Coraz bardziej przyzwyczajam się do bycia na emeryturze, niepracowanie wydawało mi się do tej pory rzeczą co najmniej niestosowną, dziwną, niedopasowaną. Czytam, oglądam, słucham, spaceruję, gdyby pominąć kwestie finansowe to nieomal bajka, nie życie. Z okazji posiadania wolego czasu, w zadziwiającej ilości zaczęłam zastanawiać się nad różnymi rzeczami. Min. np. nad swoimi bólami głowy. Miewam je od niepamiętnych czasów. Początkowo biegałam  po różnego rodzaju lekarzach, nikt nie umiał mi pomóc, rodzinny przepisywał tabsy więc z biegiem czasu uznałam to za jedną ze swoich szczególnych cech i tyle. Od dłuższego czasu wiedziałam, że póznym popołudniem nie wolno mi jeść owoców i warzyw, bo to od razu one to one (ból gwarantowany). Całkiem niedawno odkryłam, że zapychanie się słodyczami pózniejszą porą, jeżeli nawet nie powoduje natychmiastowej reakcji , to zdecydowanie wpływa na jakość snu. A zapychałam się nimi, bo wstając nieomal w nocy, wieczorem poziom energii miałam na minimalnym poziomie, więc tą drogą probowałam ją sobie dodać. Moja kolacja to całe życie chleb i tu zgroza, kiedy nie jem chleba, nawet  suchego bez żadnego smarowidła, sprawdzone eksperymentalnie. Lepiej śpię, ból głowy owszem czasami przypomina o sobie, ale to rzadko bywają młoty pneumatyczne. I tak to czasami, kiedy silna wola zwycięża i nic nie jem wieczorem, co niestety nie jest regułą, przesypiam całe noce. Ta sytuacja nie podoba się bardzo mojemu kotu. Obsługa kiedyś wstawała o trzeciej i karmiła ,a teraz co ? Parę razy zastanawiałam się nad zadrapaniami na swoim czole. Sporymi i bolesnymi, przecież nie szlajam się po krzakach, nie pracuję na działce. Uznałam ,ze gdzieś się parę razy walnęłam, nie zapamiętując tego, kiedy czytam, jedną nogą bujam w innej rzeczywistości. Patrzyłam na te strupy i patrzyłam. Któregoś ranka, kiedy się już prawie budziłam, poczułam pazury ciągnące mnie najpierw za włosy, a potem zjeżdżające z tymi włosami na czoło, ostre szpony rozcinające bolesnie skórę. Eureka i ulga, bałam się, a nuż lunatykuję ?                                           Spacery w pobliskim lesie wyciszają mnie i relaksują, o korzyściach ściśle zdrowotnych nie wspomnę. Ale ostatnio w moim lesie sporo się zmieniło. W dzień powszedni, całe zastępy kijkowców, gdzie by się człowiek nie obrócił, tam zacięte miny i stukot.  Najgorzej jednak w soboty. Organizowane są  parkruny. Wydawałoby się, że ludzie ceniący aktywność fizyczną, są w stanie dojść do miejsca zbiórki z oddalonego o dwieście metrów wielkiego parkingu. Ha. Zabawne wyobrażenie. Samochody obstawiają każdą leśną drózkę będącą w pobliżu. Część ludzi siedzi w tych samochodach, grzeje się, czyli silnik na chodzie, inni głośno słuchają muzyki, wszędzie śmieci. Spiew ptaków, szum drzew, mogę sobie puścić ew. w słuchawkach. Jako, że wczorajsza zorganizowana wycieczka prowadziła przez miasto, wykorzystując fakt ,ze miasto uruchomiło nową linię podmiejską, kończącą się w lasach, których prawie nie znam, uznałam, żę wycieczkuję indywidualnie. Po godzinie jazdy  niedogrzanym autobusem moja chęć pałętania się po dziczy, ten las, przechodzi potem w puszczę, ewidentnie zmalała i wysiadłam parę przystanków wcześniej, skąd mogłam ruszyć czerwonym szlakiem, który kiedyś pokonywałam z grupą. Wyszło słoneczko, zaczęłam się rozgrzewać idąc szybkim krokiem, w autobusie zamarzałam, patrzę grupa wycieczkowa, obca grupa, głośna. Przyśpieszyłam, po paru rozwidleniach było jasne, że grupa idzie tymże szlakiem, więc szukając spokoju zeszłam ze szlaku i wtedy dopiero poczułam się usatysfakcjonowana. Szłam sobie, nie bardzo wiedząc gdzie idę. Po iluś tam km. stojąc na skraju urwiska zobaczyłam, że daleko, daleko coś się niebieści. Poczułam ulgę, bo jak Wisła, to chociaż będę wiedziała jak wrócić.  Ostatecznie widziany widok nie okazał się Wisłą, aczkolwiek azymut mniej więcej się zgadzał. Trafiłam na bajorka, albo stawy, kiedy mogłam je obejść, obchodziłam, czasami musiałam delikatnie po lodzie, od razu tak gorąco mi się zrobiło, że zaczęłam się rozpinać i zdejmować co tylko mogłam.  Z lasu przez pola

potem bajorka

Slady bytowania

Wreszcie i Wisła


takie oto przypominajki, godne uwiecznienia.

Cały dzień był piękny, ale szczerze mówiąc nóg pod koniec nie czułam, ew,czułam za bardzo.


sobota, 15 lutego 2025

" Jeszcze w zielone gramy

jeszcze nie umieramy". Raz w miesiącu, tak pi razy drzwi idę na koncert. Nie zawsze program koncertu odpowiada moim upodobaniom muzycznym, ale kiedy ktoś załatwia wejściówkę, daje mi ją do rąk, słabe byłoby grymaszenie, że coś mi nie pasuje. Zresztą jak dotąd nie żałowałam, zazwyczaj dobrze się bawię, a za wartość dodaną uznaję poznawanie nie słyszanych wcześniej utworów i ich wykonawców. W styczniu był koncert noworoczny, przepięknie grała Pomorska Orkiestra Symfoniczna, prowadził A Orzech, którego rolę potem przejął Kuba Badach ze swadą i znawstwem opowiadając o muzyce , o ciekawych aranżacjach. W tym miesiącu przede mną koncert walentynkowy.

Nie poszłam znowu na wędrówkę, w ubiegłą sobotę leżałam rozłożona grypą, dzisiaj zastanawiając się nad swoim samopoczuciem, uznałam że odpuszczam. Zapewne dałabym radę przejść te naście km., ale to by szła głównie moja ambicja. Dwa dni temu wybrałam się do hipermarketu oddalonego ok. 3km., z powrotem ledwie człapałam, niczym stara chabeta. Może to nie osłabienie po chorobie, ale starcze zniedołężnienie mnie dopada ? Brr..                                                                       Wysłałam parę CV, milczenie. Z jednej strony nie dziwię się, starsi pracownicy uważani są za mniej elastycznych, wolniej uczących się. Sama kiedyś miałam pracownika będącego na emeryturze i przyznam się, że to była porażka, pomimo, że pani miała doświadczenie w branży. U mnie wówczas kotłował się tłum, trzeba było szybko reagować, a pani, któregoś dnia,w godzinach pracy zamknęła wrota, przed ludzmi, żeby odpocząć i poukładać na półkach. Wtedy się rozstałyśmy. Wygląda, że zostaje mi cholerne sprzątanie. Za jaką karę ? Moje doświadczenie w tej kwestii bazuje na dwóch firmach. W pierwszej hołubiona byłam, przesadzam ? Wcale. Pani Grażynko, a może kawka taka, a może taka, może ciasteczko, może truskawka a może pani usiadzie, odpocznie. Owszem zdarzało się, że coś nie zostało zrobione, albo nie tak jak oczekiwano, ale było to mówione w taki sposób, że nie czułam się urażona, wykonywałam to co mi polecono, starając się, żeby podobne uwagi nie powtórzyły się więcej. Potem potrącił mnie samochód. Czekano na mnie w firmie, dzwoniono kiedy pani wraca ? A ja im dłużej się rehabilitowałam tym bardziej oswajałam się z myślą o nie powrocie. Praca od poniedziałku do soboty, czyli tylko niedziela wolna. Wstawanie o 3 nad ranem. Jestem rannym ptaszkiem ale ta pora to i dla mnie przegięcie, szczególnie jesienią i zimą. Nie umiem spać w dzień, i chociaż teoretycznie miałam pózniej nieomal cały dzień wolny, to w godzinach popołudniowych czułam takie zmęczenie, że jak daję słowo ledwo ogarniałam M jak miłość czy podobne produkcje. Jednak ostatecznie zaważyło, jak stwierdził mój koordynator nieporozumienie. Przy podpisywaniu umowy, prosiłam o ubezpieczenie, była taka opcja wiążąca się z niższą stawką, fakt nie sprawdziłam, po wypadku, okazało się, ubezpieczenie ? Jakie ubezpieczenie? Byłam połamana, w depresji, nie miałam sił na użeranie się .  Włascicielką następnej firmy, z którę miałam przyjemność była nieduża energiczna i bardzo komunikatywna blondynka. Polubiłam ją, opowiadała o podróżach, każda osoba która podróżuje ma u mnie na dzień dobry duży plus. W miarę upływu czasu było jakby gorzej. Miałam kilka miejsc od ogarnięcia, w jednym miejscu spędzałam najwięcej czasu. K zjawiała się raz w miesiącu i wytykała mi braki i niedociągnięcia. Nie rozumiałam, dlaczego pracujące w tym biurze kobiety, traktują mnie jakbym niewidzialna była i nie przekazują mi uwag osobiście. Przychodziłam pół godziny wcześniej niż powinnam, czasem wprost biegałam po pokojach , kiedy był większy nieład niż zazwyczaj . Comiesięczna lista uwag była coraz dłuższa, poza tym zdarzało się, że kupowałam rękawiczki jednorazowe, czasami jakieś płyny, bo doprosić się nie mogłam. Wypłata? Wiesz w tym tygodniu mam dużo płatności, zusy, podatki, rozumiesz, a ty przecież masz z czego żyć. Ok, dwa tygodnie póżniej, kiedy w końcu upominałam się o pieniądze, K się oburzała, przecież już dostałaś wypłatę. Czasami myślałam sobie, może nie zasługuję na wypłatę, skoro tak zle wywiązuję się  ze swoich obowiązków. Byłam sfrustrowana i zmęczona nie tylko pracą, więc kiedy zdecydowała mnie przenieść, pomyślałam, że to dobra okazja do pożegnania. Aczkolwiek lęk we mnie został, może znowu gdzieś trafię, naharuję się a w zamian kwaśne miny i pretensje. Może już czas z tą lichą emeryturą zawrzeć sojusz ?

piątek, 7 lutego 2025

Umówiłam się

któregoś dzionka z koleżanką na oglądanie nowo powstałego muralu w mieście, dokumentującego po części historię miasta naszego, tyle, że padać zaczęło . Po krótkiej chwili zastanowienia przeniosłyśmy te plany na bliżej nieokreśloną przyszłość a wykorzystując przerwy w opadach uznałyśmy, że połazimy tylko po naszym osiedlu, gdzie różnego rodzaju malunków nie brakuje, nie są to może imponujące obrazy, ale wzbogacają przestrzeń i odwracają uwagę od monotonii i brzydactwa blokowisk. 


kopernikańskie
wojenne, jest ich trochę więcej of course
jeden z najstarszych na naszym osiedlu

jeden z wielu

i trochę historii.

Po ostatniej sobotniej wycieczce, która nie była ani męcząca pogodowo, ani długa, ogarnęło mnie poczucie dziwnego znużenia. Nic dziwnego myślałam. Pamiętacie, pogoda wiosenna, odebrałam rower z serwisu i urządziłam sobie kilkugodzinną przejażdżkę rowerową. Następnego dnia pojechałam na działkę zobaczyć co się tam dzieje i widząc sąsiadów pielących zagonek złapałam za lopatę i skopałam kawałek dotychczas nieruszanych chaszczy. Uznałam że się przeforsowałam. Niestety to grypsko było, schwyciło za gardło i powaliło.  Po dwóch dniach telefony: naaprawdę tak się zle czujesz, że nie możesz przyjśc do mamy, ona nie daje sobie rady. Naprawdę, mam gorączkę, ale gdzieś tam wyrzuty sumienia, kiedyś w czasach przed covidowych, z gorączką, kaszlem, gilem do pasa człek szedł do pracy i tyle, zeżarwszy przed tym pół apteki. Po kolejnych telefonach jednak najpierw się rozżaliłam, że biedna, samotna i opuszczona, nawet lekarstwa jakieś przeterminowane łykałam, podczas ostatniego pobytu moje kochane dziecko albo zużyło medykamenty albo zabrało je ze sobą nie informując mnie o tym tak ,ze apteczka zapchana i owszem ale nie tym co potrzebne. Snułam wizje o moim stygnącym ciele i palcach od stopy obżeranej przez wygłodniałego kota. W tym ujęciu to jednak bardziej szkoda byłoby mi kota. Faktem jest ,ze kiedy tylko odrobinę było mi lepiej namoczyłam nogi w misce i dokładnie przycięłam paznokcie, tak na wszelki wypadek :) Po rozżaleniu przyszedł lekki wkurw jednak, bo siostrzyczka tydzień temu również leżała rozłożona przez chorobę, skakał wokół niej mąż, prawidłowo, a mamie wydawała dyspozycje co chce zjeść, ( ja nawet zdychać w spokoju nie mogę). Lekki bo człek wymiętolony przez chorobę energii nie posiada, wyłączyłam toteż telefon na amen uznając że żeby zadbać o kogoś trzeba najpierw zadbać o siebie. Wczoraj postawiłam pierwsze kroki na zewnątrz, karma dla kota, apteka w dalszej kolejności , a dzisiaj w końcu na służbę, psisko pewnie przewróci mnie na przywitanie.

sobota, 25 stycznia 2025

Siedzę w domu

niczym zmurszały pień i drę, tnę stare papierzyska , końca nie widać.Tyle,że wszystko z piwnicy wniosłam już na górę i teraz tylko uporać się z tym trzeba.   


 

Drugi podobny pakiet kartonów zalega w małym pokoju, do tego już opróżnione leżą na innej ścianie, tak że bałagan wokół i permanentny ewidentnie, nie nastraja mnie zbyt życzliwie do świata. Koleżanka zobaczywszy te stosy, przyniosła mi niszczarkę, do której dwie kartki łaskawie się mieszczą i to równiuteńko, inaczej zapycha się zaraz. Prawdę mówiąc nie wiem czy jej już nie zepsułam sprzętu, po przepychaniu pilniczkiem coś tam poodpadało i boję się włączyć bo a nuż nie będzie działać. Jedynie kot ma uciechę.  Dokumenty są z dwóch firm, kiedyś leżały sobie spokojnie na zapleczu sklepu, gdzie ew. tylko dokładałam nowe. W czasach papierologii pożądane było mieć wszelkie dowody złożenia jakiegoś dokumentu, albo wpłaty. Kiedy zamykałam firmę, jak najdłużej prowadziłam wyprzedaż, wiadomo, z drugiej strony było pismo ze spółdzielni grożące mi  drakońskimi karami, jeżeli nie oddam lokalu w terminie. Fizyczna likwidacja sklepu była jedną z najcięższych w sensie fizycznym rzeczy którą dokonałam ja sama, samiuteńka. Część mebli sklepowych udało mi się sprzedać, część oddałam za friko, ale zostały np. wielgachne regały, robione na zamówienie, częściowo przyczepione do ścian, niektóre lady istne kolubryny.. Sklep był wysoki, ok.5m, pod sufitem miałam zawieszone sieci rybackie. Drabinę i owszem miałam składaną, ale albo nie umiałam jej rozłożyć, albo była zepsuta, tak że kiedy właziłam np. na regał,z którego miałam dojście do sieci nie było wiadomo czy i jak z niego zejdę, regały się chwiały, stałam na palcach ciągnąc te sieci, parę razy myslałam,że już po mnie, gdybym zleciała z tej wysokości, a regał na mnie by spadł...Nikt by nawet nie wiedział. Okna były pozasłaniane szarym papierem i siedziałam tam pózno w nocy. Regały rozkręcałam zwykłym śrubokrętem, waliłam młotkiem,kiedy nie chciało puścić. Ciężkie płyty pazdzierzowe, dobrze, że śmietnik miałam niedaleko. Tyle tych płyt tam nadzwigałam, szklanych półek, śmieci nagromadzonych przez 20 lat. Kartony z dokumentami, które teraz niszczę, kartony z towarem. Pakowałam, płakałam, dzwigałam, wynosiłam, przenosiłam, upychałam. Nikomu nic nie mówiłam. Wstydziłam się. Moi ówcześni znajomi. Lekcje tenisa ziemnego, tańca na lodzie, angielski, wyjazdy, zakupy. Tak wyglądały tematy naszych rozmów i spotkań. Czułam się przegrana i gorsza. Nie chciałam aby ktokolwiek się nade mną litował czy współczuł. 

Siedzenie w domu ma swoje pozytywy, zaczęłam sypiać, zdarza mi się przespać 7 godzin, czego nie doświadczyłam od wielu lat i co wydawało się nieprawdopodobieństwem. A jednak, przy okazji zniknęły mi czarne sińce po oczami. Z negatywów, brak kasy i żydzenie na wszystkim, co bywa dokuczliwe. No i dopa mi rośnie, co jest z kolei wkurzające. Na rowerze w tej chwili jeżdżę sporadycznie, spacery to za mało. Biegać nie mogę, po bieganiu moje powypadkowe kolano  zaczęło się samoistnie składać. Może to z boku wyglądać zabawnie, ale mi nie było do śmiechu kiedy raz i drugi nieomal nie uklękłam przed nadjeżdżającym samochodem. Przy sprzątaniu jednakowoż wykonuje się skłony, ukłony, przysiady, przyklęki i to w tempie presto. Więc ciasto ,którym bez przerwy częstuje mnie mama, no jak nie zjesz, w tonie słychać zalążek urazy, słodycze, które uwielbiam gdzieś tam znikały, teraz odkładają się w boczkach. Konieczne wydaje się więc powiedzenie słodyczom won ! Nie wiem jednakże czy jestem w stanie oprzeć się pączusiom i faworkom. Czekoladzie z orzechami, krówkom z wawelu, miętowym pastylkom w czekoladzie...mogłabym tak ciągnąc bez końca.

czwartek, 9 stycznia 2025

A horror movie

 Oglądałam wczoraj przed zasnięciem pierwszy odcinek serialu na Netfixie: Przełom. Obrazowo pokazano tam jak nie wiadomo kto małym nożykiem zabija przypadkowych przechodniów, w tym dziecko. Jest druga w nocy, budzi mnie hałas, niewątpliwie dobiegający z mieszkania, jakby brzęknięcie talerzyka, lub szklanki. Wiadomo jak się człek raptownie budzi, mija chwila zanim oprzytomnieje bardziej. Zastanawiam się kot ? Ale jak kot, sprzątnęłam kuchnię wieczorem, ani okruszka nie zostawiając, jakby na poparcie mojego toku rozumowania spod kołdry wygrzebuje się ciepłe futerko siada na brzegu łóżka i strzyże uszami. Wygląda na to, że sypiam czujniej od kota. Siadam na łóżku, za przykładem kota staram się łowić dzwięki. Boże drzwi od mieszkania nie są zamknięte, czasami mi się to zdarza, następna myśl przecież drzwi zewnętrzne od klatki są też od paru dni zepsute, wejść może każdy. Wyobraziłam sobie ciemną postać kryjącą się gdzieś w mieszkaniu. Moja pierwsza myśl, żeby wstać, pozapalać światła ustąpiła decyzji, że jeżeli ktoś czai się z nożem w ręku niech mnie podziabie w łóżku, niech nie leżę pózniej we krwi na zimnej podłodze. A może jak się nie będę ruszać, wezmie co chce i pójdzie dalej. Prawie nie oddychałam. Rano byłam baaardzo niewyspana :)

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Planowałam

iść dzisiaj na długi spacer, ale kiedy o poranku wyszłam na balkon w celu dosypania fruwającym słonecznika i nogi nieoczekiwanie zaczęły mi się rozjeżdżać samowolnie w dwie różne strony uznałam, że odstąpię od zamiaru,bo cóż to za zabawa kiedy idziesz i nie jesteś pewna, czy za chwilę nie gwizdniesz się, bo podłoże niby czarne ale jakby nie do końca.                                                                                         W sobotę jak zwykle wycieczka, śnieg, pierwszy raz tyle dookoła i słońce, tylko iść i  iść.  Piknie było.     


Kiedy córa pojawia się w domu, przywozi ze sobą całą torbę kosmetyków, w Polsce dokupuje następne, część "starych" zostawiając w niejakim nieporządku, więc wkraczam do jej królestwa, aczkolwiek trudno nazwać mnie pedantką, z takim rozgardiaszem na wierzchu żle się czuję. Przy okazji porządkowania czasami trudno się oprzeć pięknym, kolorowym opakowaniom i probuję tego i owego, jednak na próbach tylko się kończy. Nie maluję się, nigdy nie malowałam. Oczy, jakichkolwiek kosmetyków bym nie użyła, po pomalowaniu parę godzin pózniej zawsze wyglądają tak samo, czerwone, spuchnięte, zapłakane, nawet najpiękniejszy cień nie wygląda wtedy dobrze. Usta, przetestowałam wiele szminek i błyszczyków, od najtańszych po kilka stów w cenie i cóż, kilka dni używania choćby tylko kredki i błyszczyka, robi mi się syf na ustach w postaci opryszczki. Podkłady, zawsze mam parę róznych na półce w nadziei, że ten właśnie będzie dla mnie odpowiedni,beznadzieja. Krem przez wiele lat pasował mi tylko jeden z Yves Rocher, ale kiedy go wycofano, jego następca nie był już dla mnie  łaskawy,  w tej jednak dziedzinie  odkryłam, że polska Bielenda położona na twarz nie czyni mi krzywdy. I tak, zazdroszczę tym, którzy umiejętnie umieją podkreślić swoje atuty, tuszując przy okazji wady, dla mnie to zupełnie obca umiejętność. 

Nie poszłam ostatnio do biblioteki z całych sił opierając sie pokusie. Kiedy długo siedzę z nosem w książkach, nie ma mnie dla świata, ale i świat mógłby nie istnieć dla mnie. Dryfowanie po świecie fantazji i wyobrazni dobre może być jako odskocznia od codzienności, chwilowy przerywnik, ale na dłuższą metę, przeżywanie tylko czyichś przeżyć, wzruszanie się tylko czyimiś uczuciami prowadzi do odrealnienia i pogłębia trudność w odnalezieniu się w codziennym życiu i kontaktach międzyludzkich. Zdając sobie z tego sprawę zmuszam się przecież do wychodzenia ze skorupy, np. wędrując z ludzmi, chociaż równie dobrze mogłabym robić to sama. Zbieram też okruchy życzliwości od innych czasami zupełnie obcych mi osób. Dziękuję Ci za to Teatru, i Tobie Kasiu, i kilku innym nickom , które czytuję w czeluściach internetu.

sobota, 28 grudnia 2024

I po

świętach, uff ulgę czuję, doprawdy, wolę zwykłe, szare dni. Wigilia o dziwo przebiegła spokojnie, nawet chłopaki nie marudziły i były przedziwnie cisi podejrzewam, że w tle wisiała grozba braku prezentów. Wcześniej jednak zapowiadało się średnio, młodsza miała trzy wilie do obskoczenia, więc chciała, aby w domu było nieco wcześniej, dzwonię do starszej z informacją o zmianie godziny i w odpowiedzi słyszę ,ze co ? że gwiazda przyjechała i już rządzi. Że ona musiałaby wtedy wstać przed 12. Chciałam powiedzieć ogarnij się, ale córa rzeczywiście okropny okres  ma za sobą i nie wiem czy to uciekanie w sen to nie objaw depresji, a jeżeli tak jest, to z lektury pewnego bloga wiem, że podobne gadanie jest bezcelowe i bezsensowne. Toteż najbardziej pogodnym głosem, na jaki mogłam się zdobyć, mówię, że ok. jeżeli jej to nie pasuje, może być godzinę pózniej, tylko wtedy nie posiedzą z siostrą. Było miło, spokojnie i nawet nikt nie narzekał na jedzenie (!) Jedynym incydentem była uwaga zięcia, że kot coś w kuchni rozrabia. Kevin w domu toleruje tylko mnie i młodszą, kiedy pojawia się ktoś inny dostaje biegunki, wymiotuje. Chcąc wszystkim oszczędzić efektów wizualnych i zapachowych zaaplikowałam mu dietę, jedzenie dostał  wczesnym rankiem a potem planowałam nakarmić go po wyjściu gości. Talerze wyniesione do kuchni, siedzieliśmy przy cieście i prezentach, a wtedy kocur hyc do półmiska z rybami i rozwłóczył je po całej podłodze. Tak że w pewnym momencie zrobiłam kapciem ślizg po kawałkach ryby na kafelkach. Lekki półszpagat i wyszłam cało, nie licząc zbitego talerza.

Wygląda na to, że mam na koncie jeden dobry uczynek. Kiedy kupiłam działkę, poznałam tam fajną, życzliwą sąsiadkę, nie miałam prądu, robiła mi kawę, dzieliła się różnymi roślinami, częstowała owocami. Nienachalna, nie wścibska. Kiedyś w rozmowie o zdjęciach, powiedziała z żalem, że ma stary telefon, który ew. tylko esemesy , żadnych zdjęć, ,ze i owszem ma smartfona, ale nie umie go nawet włączyć. Chodząc na swoje zajęcia dowiedziałam się o innym miejscu, prowadzonym dla zupełnie początkujących, pomyslałam o W, dzwonię do niej. W. nie, bo ona zupełnie ciemna, będą się z niej śmiać , nigdy się nie odważy. Okazało się,że jeden z wolontariuszy prowadzi również zajęcia indywidualne, zarezerwowałam jej lekcję w ciemno. Idz, spróbuj, tracisz jedną godzinę, nic więcej, gadałam i gadałam. Zgodziła się, głównie z tego powodu, żeby nie robić mi przykrości. Na święta dostałam od niej mmsa ,wiadomości na whatsapie, rózne zdjęcia, z ciągłymi podziękowaniami, co już przyznam jest nieco krępujące, aczkolwiek się cieszę, że komuś jest nieco lepiej.

Post zaczęłam pisać dwa dni temu, kiedy wieczorem  siedziałam przy lapku weszła do domu córka cała zapłakana. Co się stało? pytam, Maciuś, Maciuuś ,mówi przez łzy, leży na chodniku i się nie rusza. Ktoś już tam dzwonił po pomoc. Rzecz jasna zostawiłam pisanie, jednak kiedy się ogarnęłam i zeszłam na dół, Maćka już nie było. Uliczka przy której mieszkam ma ograniczenie do 20 km. oczywiście jakże by mogło być inaczej: buce niemyte, padalce bezmózgie, truchła patroszone jeżdżą jak chcą, sama czasami muszę chwilę czekać, żeby móc przejść na drugą stronę, chociaż teoretycznie piesi na całej długości mają pierwszeństwo. Ale kto u nas tak naprawdę przestrzega przepisów? W każdym razie Maciek zniknął. Wczoraj jednak krzątając się po domu,usłyszałam dochodzące z klatki niezidentyfikowane dzwięki, oko włożyłam do wizjera, w domu zazwyczaj nie noszę okularów, ale przecież człowieka rozpoznam i bez i co zobaczyłam? Białą plamę, Bosze Maciuś ! Wydarłam się na korytarzu, sąsiadka zaraz z szyneczką, ja gourmecik do spodeczka. Wiem że kocur przez chwilę był w schronisku, ale co i jak nie wie nikt. W każdym razie wielka radość.                                                 Klimaty mamy iście grudniowe co nie ?        


 

Liściopad

Nudna będę i monotematyczna, ale kolory jesieni zachwycają mnie wciąż i wciąż, żółcienie, czerwienie przyciągają i cieszą oczy, tworząc nast...