niedziela, 24 listopada 2024

Nie nadaję

się do ludzi, moim przeznaczeniem powinna byc wieża latarnika ew. odosobniony kawałek lodowca, gdzie np. mogłabym liczyć pingwiny, więc co ja tutaj robię, hmm ? Wspominałam gdzieś wcześniej, że na cyber zajęcia chodzę. Przemiła prowadząca, nieduża grupa ludzi pragnących przełamywać bariery i wygląda na to że więcej się tam nie pokażę. Na ostatnich zajęciach jedna z uczestniczek zarzuciła mi głośno w trakcie tychże zajęć, że się szarogęszę, ,ze za dużo mówię i ogólnie przeszkadzam, bo ona nie chce słuchać mnie tylko  prowadzącej. Zapadła cisza, ja lekko zgłupiałam, a pani omawiająca  tematy komputerowe zaczęła mnie bronić, że ona woli dialogi, że ceni zaangażowanie. Nosz..,zmrożona, nie odzywałam się do końca lekcji, nawet gdy koleżanka siedząca obok prosiła o pomoc. Miewamy np. do wykonania jakieś ćwiczenie, zazwyczaj ogarniam to szybciej, jeżeli nie wychodzi jedną mańką próbuję drugą,aż osiągnę pożądany rezultat;( jestem o wiele śmielsza w sali komputerowej niż u siebie w domu ,bo jak w domu coś nabroję znikąd pomocy), pani utyka przy jednym delikwencie, który ni w ząb nie łapie w czym rzecz i bywa stoi przy nim z 15 min. wówczas jak ktoś się pyta jak zrobiłam daną rzecz podchodzę i tłumaczę jednej osobie, potem następnej. Kiedy prowadząca omawia jakiś temat, kierując zapytania do słuchaczy i cisza na sali wtedy się odzywam. Do głowy mi nie przyszło, że moja aktywność może przeszkadzać. Prowadząca przysłała do mnie 3 maile, w pierwszym mnie przepraszała,(ale za co? ) w drugim zapewniała, że ceni mnie bardzo, trzeci uświadomił mi,ze nie jest to już sprawa między mną a tą drugą osobą, że wykładowczyni przejęla się incydentem, możliwe bardziej niż ja a  nie chcę generować żadnych problemów, tworzyć napięcia w grupie. Niepotrzebne jest to nikomu.

 W życiu codziennym ciąg dalszy niepracowania. Myślę teraz że brak pracy był jednym z powodów mojego wcześniejszego zapadnięcia się w sobie. Praca nawet niechciana, nielubiana nadaje życiu rytm, jakieś ramy. Nawet teraz budzę się o godzinie piątej i mam, jak daję słowo, poczucie winy ,ze leżę w łóżku pod ciepłą kołderką, że wszyscy pracują a ja sobie leżę ot tak,bo po prostu mogę. Dziwne i obce poczucie bezczynności. więc o szóstej zaczynam zakuwać słówka.. Dłużej sypiam, więcej czasu spędzam z mamą, dużo czytam, wałęsam się tu i tam, szkoda ,ze czas ani nie rowerowy ani działkowy, ale może taka mniejszą aktywność też trzeba zaakceptować. Ofert pracy w sumie nie brakuje, ale na myśl o sprzątaniu, żołądek robi mi fikołka, więc do końca roku daję sobie czas na odpoczynek, może po drodze wymyślę coś innego. Ach złudne nadzieje..

 

środa, 20 listopada 2024

Deszcz

 W miniony czwartek jak wiadomo, albo i nie wiadomo, bo ja np. do tego roku żyłam w błogiej nieświadomości istnienia tego dnia, był dzień seniora, i z tej okazji nasza zacna pkp urządziła promocje, wszystkie pociągi pośpieszne, expresowe za jeden zł polski. Przypomnę, że nadal nie pracuję, więc grzech nie skorzystać. Gdybym jechała sama, zaszalałabym, ale chęć wyraziła koleżanka, i nie chciała bardzo daleko. Padło na Olsztyn, w którym ona nigdy nie była a i ja tylko przejazdem. Myślałam, żeby rowery ze sobą zabrać, ale H nie była tym pomysłem zachwycona, więc odpuściłam, na całe szczęście zresztą bo to byłaby prawdziwa masakra. Ledwo wysiadłyśmy z pociągu zaczęło mżyć, potem padać , raz trochę mniej, raz trochę więcej za to nie przerwanie przez dzień cały. Obeszłyśmy najpierw jezioro Długie, leżące nieomal przy Dworcu Zachodnim, urokliwe i z alejką dookoła, z kładką pośrodku łączącą oba brzegi, potem podmoknięte już dosyć zahaczyłyśmy o mcdonalda, potem łaziłyśmy po starówce ,zamek , kościół, muzeum. Standard. Co mi się rzuciło w oczy, wszędzie schodki w prawo , w lewo, na dół , do góry, i Łyna, płynąca przez całe miasto, nawet w deszczu ,cudna. Jedna kawiarnia, druga, ubrana byłam w ciepłą nieprzemakalną kurtkę, ale w pewnym momencie jak zaczęło mną telepać, to nie odpuściło przez kilka następnych dni. Przypuszczam, że to przez łeb, na który nie wzięłam czapki, a kaptur zakładam w ostateczności, i spędzenie całego dnia z mokrą głową w temp. około 2 stopni wywołało taki, a nie inny efekt. Wydaje się komuś, że ciągle młody jest, he, he...Jako, że ze względu na pogodę chodziłyśmy mocno przyśpieszonym krokiem, zostało nam jeszcze sporo czasu do pociągu, a niedaleko następne jezioro Ukiel, więc podążyłyśmy w tym kierunku. Zaiste super pomysł, w zmierzchającym już dniu, podczas lejącego deszczu, nad samym jeziorem zaczeło jeszcze ostro powiewać, ale były tam były przeróżne mola, łódki ,plaże i szłyśmy i szłyśmy nie widząc nieomal drogi przed sobą. A powrót ? Kiedy się nie pamięta , bo ciemno jak w dupie Maryny , która to ścieżka do cywilizacji wiedzie. Gdyby nie komórka , pewnie zostałabym tam zamarznięta na amen. 

   Piszę tego posta od dwóch dni, przedwczorajszego wieczoru, zapukała sąsiadka z wielkim talerzem ciacha, wiadomo trzeba pogadać, więc wieczór i nastrój do pisania minął. Mam świetną sąsiadkę, razu jednego mój kot się do niej wślizgnął i nie bawiąc się w delikatne słówka, obsrał i obrzygał jej łóżko, i kapę z fotela, on czasami tak ma. Ktoś inny aferę by zrobił, a ona kiedy zbierałam te brudy żeby je wyprać , z ręki  mi wyrywała , bo jej pościel i do niej należy to pranie.  Wczoraj wkurw mnie na życie wziął i ochoty do skończenia tychże wypocin żadnego cienia nawet nie miałam.

Wracamy do deszczu. W sobotę wybierałam się na wycieczkę, fajna miała być w moich leśnych klimatach, ścieżkami którymi do tej pory nie szłam, ale kiedy rankiem wyjrzałam przez okno , krople zobaczyłam, a ciągle jeszcze czułam w kościach czwartkową wilgoć i jako ,ze na miejsce zbiórki musiałabym wyjść ze dwie godziny wcześniej, takie lipne połaczenie podczas weekendu mam, odpuściłam. W zamian udałam się w wędrówkę po sklepach, są wyprzedaże cebulek, a wyobrażanie sobie ogrodu pełnego kwitnących  tulipanów i innych takich dobrze mi robi. A że ja jak wspomniałam nie pracująca, więc oszczędzam i szukam okazji. A propos oszczędzania, jedna ze znajomych zaproponowała mi udział we wspaniałej wycieczce, Emiraty Arabskie, kilkanaście tysięcy, zdusiłam śmiech w zarodku. Podziękowałam grzecznie i powiedziałam ,ze ta destynacja nie leży w zasięgu moich zainteresowań podróżniczych, co nawet kłamstwem nie było, bo dysponując taką kwotą na wyjazd wybrałabym zdecydowanie inny kierunek.      W niedzielę miałam wyjście na koncert, szłam niechętnie bo wyjście w tłum, zawsze mnie nieco stresuje, ale fajnie było, Kayah, Mariusz lubomski , Koteluk, Kalush Orchestra i inni, trochę żywiołu, trochę poezji. Ubrałam płaszczyk, żadne z nakryć głowy mi do niego nie pasowało, więc bez, parasolki też nie wzięłam bo miałam ze sobą maluchną torebusię. Chciałam się ubrać nieco odmiennie niż zazwyczaj, więc nie spodnie ,tylko wyciągnęłam czarną szmizjerkę nie noszoną od kilku lat, wlazłam w nią o dziwo, aczkolwiek z oporami, brzuszysko tylko szpeciło całokształt, zaczęłam szukać gaci korygujących, kupiłam je kiedyś kiedy nosiłam rozmiar34/36, jak to człowiek nasrane w głowie ma. Wychodzimy po koncercie na zewnątrz a tam leje deszcz, przechodzący w śnieg z deszczem, tramwaj nam uciekł, poszłyśmy zatem na inny przystanek i znowu po chwili wyglądałam jak zmokła kura i się trzęsłam z zimna, bo i kiecka raczej krótka. A kiedy wróciłam do domu ,dygocząc okazało się że zamek na plecach się zaciął, sąsiadka wyjechała i znikąd pomocy, 15 minut walczyłam z ciasną kiecką nie mogąc się od niej uwolnić, aż w koncu zrobiłam łańcuszek z agrafek i zaczepiwszy o koniec zamka to ustrojstwo, po którymś pociągnięciu w końcu odzyskałam wolność. Kiecka wylądowała w pawlaczu na następne parę lat. A dzisiaj o dziwo nie pada...

  

poniedziałek, 11 listopada 2024

Na językach

Siedziałam sobie w czarnej dziurze, wyłączywszy się nieomal . W mojej niewielkiej przecież rodzinie zle się dzieje. Któregoś niedzielnego południa ja z jednej strony, inni z drugiej szliśmy wzdłuż brzegu Wisły szukając, czego ? Śladów, przedmiotów bliskiej osoby. Nie umiem i nie chcę o tym teraz pisać.

Miałam w przeszłości epizod kiedy stałam na krawędzi. To było wówczas gdy małżeństwo mi się rozpadało. Dotarło do mnie,nagle i nieodwołalnie ,że niemożliwe jest dalsze życie z moim wówczas jeszcze mężem. Że mieszkanie z kimś kto bez przerwy kłamie ,obwinia o wszystko i jest zdolny do najgorszego świństwa nie ma racji bytu, z drugiej strony nie umiałam wyobrazić sobie niczego innego. Tak cierpiałam, że zrozpaczona, którejś nocy wstałam, wsiadłam w samochód, zaparkowałam naście km za miastem i wlazłam na tory. Zaczęło grzmieć, lać, a ja w krótkiej koszulce stałam coraz bardziej zmarznięta, pociągu ani śladu (potem sprawdziłam, w tamtym kierunku nocą pociągi nie jeżdzą ani wtedy ani teraz). W pewnej chwili byłam tak przemoczona i zlodowaciała ,ze jedyną moją myślą było ogrzać się, więc szczękając zębami, wróciłam do samochodu; zamiar odkładając na pózniej,w oczekiwaniu na bardziej sprzyjające okoliczności ;).

Zaczęłam wychodzić z domu nieomal na silę. Długo nieodbywany marsz z petetekiem, 20 km, ledwo dałam radę, pod koniec to juz nieomal tylko siłą woli szłam. I Niespodzianka, która ukuła mnie zadziwiająco mocno, mój pan dotykalski za rączkę z inną. Aż po powrocie usiadłam zastanawiając się o co kaman. Czy na jakimś poziomie nieświadomie zainteresowana byłam. No nie, facet nie z mojej bajki. Zbyt nachalnie, bez żadnego wyczucia przekraczał granice  przestrzeni osobistej, a rozmowy z nim, rany, długo i rozwlekle rozwijał wątek, kiedy ja np. oczekiwałam krótkiej, konkretnej odpowiedzi. Przypuszczam że pewnie trochę ego ucierpiało, że taka zastępowalna jestem a dwa żal,zazdrośc , tęsknota, że komuś dana jest bliskość i intymna relacja z drugim człowiekiem. Ano coś  za coś. 

Najbardziej pomogła mi uspokoić mysli nauka. Dołożyłam sobie dwa dodatkowe języki i skupiwszy się na rozumieniu i poznawaniu nowych słówek przestawałam się dręczyć.  Taka mantra dla szarych komórek. Na duolingo przygarnęłam również matematykę w celu szybkiego nabijania punktów i uuups, ułamki o róznych mianownikach zmogły mnie i zmusiły do szukania na youtubie tłumaczenia, zaznaczam że maturę z matematyki kiedyś tam zdałam.

Ledwo zaczęłam wyłazić ze swojej dziury, dostałam esa od dziecka, które bywa w Polsce 3 razy w roku. Z wielkim pytaniem i info, że ciotka E chodzi po ludziach i opowiada o tym jaka podstępna i zdradziecka wywłoka ze mnie. W pierwszej chwili zamarłam, gdzieś w środku byłam przekonana, że kiedyś E przyjdzie do mnie i przeprosi. Wygląda na to ,ze dzieje się dokładnie odwrotnie. Przyszła kiedyś też do mojego e-xa, który wyśmiał jej rewelacje, na co zagroziła pieniąc się, że sprawa do prokuratury trafi. Smieszne, ale i straszne, bo ona już przedtem wytoczyła dwie sprawy sądowe innym znajomym, i skarżyła się że korupcja i kolesiostwo straszne, a ja współczująco kiwałam głową. Jakieś zaburzenie psychiczne ? Efekt jest taki, że jak ktoś się na mnie dłużej gapi, to się zastanawiam czy to znajomy mojej koleżanki. A taka porzundna kobita była, zasłyszane. Może z powrotem do dziury ?

czwartek, 12 września 2024

Ciepneło

mną i nie chce odpuścić. Nie czytam, nie oglądam, leżę i śpię na ogół. Czasami obserwuję sikorki, mam też większego fruwającego gościa, niedużego dzięciołka. Nie dzieje mi się krzywda, sąsiadka, właścicielka bistro, przynosi zupki, które, jako że myśl o jedzeniu jest mi przykra, upycham w lodówce, kot nie spuszcza ze mnie oka, śpi niczym piesek przy łóżku i ta przepiękna pogoda...

niedziela, 8 września 2024

Przymierzam się

 do przestępstwa, do normalnej kradzieży, w sensie plan teraz układam a potem zostanie mi go tylko wdrożyć. Pokazywałam kiedyś zdjęcie łąki z konikami, koło której przejeżdżam w drodze na działkę. Teren jest ogrodzony, zamknięta brama doń i wszędzie tabliczki teren prywatny. Już w ubiegłym roku łakomie popatrywałam na końskie łajenka porozrzucane zza tym płotem i obornik leżący w wielkiej pryzmie, zagadnęłam więc pana, naprawiającego przewracające się przęsło od płotu, że chciałabym,chciała  trochę tego złota. Pan orzekł, że jeżeli formalnie to pismo powinnam złożyć(sic!), a nieformalnie mam przelezć przez dziury w bramie i sobie wziąć , potem popatrzył na mnie, pomyślał chwilę i powiedział, że jutro jak będę o tej i o tej porze to mi przerzuci parę wideł, takoż się stało. Pana w tym roku nie ma, przy konikach wolontariusze(?) tedy w godzinach porannych któregoś weekendu, bo wtedy na łąkach nawet koników nie ma worek na plecy...cóż za wspaniała perspektywa, aż drżę z emocji.

Niefartowny jest dla mnie ten ostatni czas, zaledwie zwlokłam się z łóżka na nogi, znowu ległam w piernatach, podejrzewam, że covid maczał w tym palce, aczkolwiek twardych dowodów nie mam, gorączka mnie powaliła i leżałam bezsilna oglądając bez końca netfixa. Najpierw Lost, pierwszy i ostatni sezon, potem kaos, a na końcu rodzynek, obejrzany z przyjemnością Idealna Para z Nicole Kidman. Kiedy w końcu szare komórki wznowiły działalność i otworzyłam szerzej zamrakane oczy, sięgnęłam do wieści ze świata czyli do jednej z moich ulubionych blogerek. I czytam tam o zasadach i powinnościach którymi się powinno kierować, żeby być cool i fancy, a nie dziadersem czy stetryczałym odpadkiem społeczeństwa. Że trzeba do przodu i więcej i mocniej. I to nie tak,że rzeczy pisane były od czapy, moja rozsądna i racjonalna część osobowości przyklasnęłaby temu tekstowi, ale moje emocje i uczucia stanęły w opozycji. Jeżeli ktoś lubi chodzić w zwisających gaciach i dobrze się z tym czuje, niech chodzi, jeżeli ktoś nie lubi aktywności fizycznej, szczęśliwy jest leżąc na kanapie, czy to słuchając muzyki czy oglądając sport, niech leży. Pewnie mu to skróci życie, ale jest to jego życie, jego wybory. Nieomal całe życie robiłam tylko to co musiałam i to co wydawało mi się powinnam, smutne, dlatego teraz na myśl o powinnościach coś mi fika w środku.

Na deser dostałam dzisiaj esa od swojej przełożonej, że za dużo choruję i ona zmienia mi przydział i przenosi mnie gdzieś tam ,bez pytania o moją zgodę, bez żadnej konsultacji, gdzie godziny spędziłabym na dojazdach. Odpowiedziałam, że nie jestem workiem ziemniaków i tak to zostałam bez pracy.

Wybrałam się pieszo na spacer, na cmentarz, sprawdzić czy jakieś kwiaty przeżyły moją nieobecność w te upalne dni i o dziwo wyglądały nie najgorzej. Po drodze znalazłam błyszczącego kasztanka, nie wypuszczam go z rąk, bo mówi do mnie: wszystko będzie dobrze. I kwiaty na balkonie trzymają się dzielnie. O pelargoniach nie wspomnę, wiadomo, numerem dwa jest scewola. Uwielbiam ją, nie choruje,nie żre go żadne nie wiadomo co, dobrze znosi upały, tylko z ziemią doń trzeba uważać. Thunbergia, mam ją co roku i zazwyczaj nie miewam z nią żadnych kłopotów, w tym roku tylko sikorki ją podsrywają. Gipsówka, delikatna, wdzięczna i kompletnie bezobsługowa. Zasadziłam dwie sadzonki na działce, które jednak giną w obliczu innych bardziej efektownych roślin. A co na działce obaczę jutro i deczko się boję tego widoku.





poniedziałek, 2 września 2024

Maman i niewiadomoco

Kiedy przyjmowano mamę do szpitala, usłyszałyśmy 3 tygodnie, każda z nas mama, siostra i ja założyłyśmy że to okres pobytu na oddziale. Pierwsze dwa tygodnie mama zniosła w miarę pokornie, narzekała na wszystko, ale uznalam to za sposób radzenia sobie ze stresem. W trzecim tygodniu zaczęła się buntować, ona ma dosyć, ona się wypisze i jeżeli mus to będzie dojeżdżać na codzienne naświetlania, co wzbudziło nasz niepokój. Dla mnie samej,dojazd, nawet kiedy jestem w formie jest dosyć męczący i zajmuje pół dnia, dla niej byłby katastrofalny, nie wspomniawszy o tym, że ktoś by musiał jej przecież towarzyszyć. Jej lekarz prowadzący jest na urlopie, inni podpytywani udzielali mętnych wyjaśnień, siostra kiedy teraz wróciła z wyjazdu, zaparła się i złapała osobę na tyle kompetentną by udzielić info, okazuje się, że trzy tygodnie to ilość naświetleń, a że w weekendy niet takowych, jej pobyt będzie trwał następne dwa. Mama zgodziła się zaczekać do powrotu lekarza, ale oświadczyła że potem jak jej nie odbierzemy to wyjdzie sobie sama. Więc się lękam, a w międzyczasie siostra snuje mamie opowieści o konsekwencjach przerwanego leczenia. Lekarz prowadzący wraca jutro.

 Weekend miałam bogaty zarówno we wrażenia jak i męczący fizycznie. Tydzień temu planowałam kajaki, nie wyszło bo głowa i chodzenie po ścianach, i załatwiona podwózka przepadła. Uparta jestem, znalazłam miejsce do którego mogłyśmy dojechać rowerami, tam je zostawić i dalej busem na miejsce spływu. Pogoda taka, że drżałam. Pizdziło jak w kieleckim, padało, a kiedy zbierałam się do wyjścia zaczęło grzmieć i błyskać. Patrzyłam tylko na komórkę, czekając kiedy koleżanka zadzwoni, że rezygnuje, albo od organizatora spływu. Nikt nie dzwonił, kaptur na łeb i w drogę. Po pół godzinie burza gdzieś sobie poszła, wiatr trochę przycichł, ino drobny deszczyk towarzyszył nam do samego wciskania się do kajaków.Zdjęć nie robiłam, komórkę i inne takie miałam szczelnie zapakowane w folię. Ale mam zdjęcie Drwęcy, kiedyś wcześniej robione.



 I koleżanka, która wcześniej nigdy nie pływała kajakiem, pstrykała z nudów,kiedy po odkryciu, że samej machanie wiosłami idzie mi sprawniej i szybciej, usilnie prosiłam, żeby się nie męczyła i cieszyła chwilą. Drwęca jest rzeką szybką i wartką, pełną meandrów, dopiero parę km. przed końcem rozlewa się szeroko i prosto. Dziko, parę miejscówek gdzie postój można by zrobić i wysiąść suchą stopą zajęte było, ale w koncu i ja zaparkowałam. Koleżanka nie chciała wysiąść, a jak kajak nam odpłynie ? Smiałam się, że złapiemy stopa. Suma summarum wyszło słońce i obie czoło sobie przypiekłyśmy na czerwono. Potem kawa w kafejce i jakaś przekąska, tak wzmocniwszy nadwątlone siły z powrotem na rower i doma. Po drodze.                                                                                            
      
W niedzielę kolej na mnie odwiedzić mamę.Jako że ostatnia podróż pociągiem była dla mnie trudna do zniesienia, calą drogę skupiona byłam tylko na tym rzygnę, czy nie rzygnę, i to uczucie i niechęć do jazdy pociągiem wdrukowało mi się jakoś w synapsy, postanowiłam pojechać rowerem, 50 km. w jedną, 50 z powrotem, do tego dołożymy błądzenie po mieście. Drogę z dworca znam, szłam parę razy piechotką, jechałam tramwajem i autobusem, rowerem ze strony mojego miasta,nigdy, wspomagając się komórką jakoś dotarłam na miejsce. Mama była w niezłym humorze,( myśli, że zaraz wraca), zjadła jeszcze ciepłą drożdżówkę, pospacerowałyśmy. Wieczorem wylądowałam w domu, umęczona, tak,że tylko do łóżka i podusi.


niedziela, 25 sierpnia 2024

Sponiewierana

zostałam okrutnie, bezwzględnie i bez umiaru żadnego, przez łeb mój nieszczęsny, och gdyby taka opcja była odkręcenia go od reszty tułowia. Nie umiem wyczuć, kiedy ból głowy jest taki do przechodzenia, a kiedy zaczyna się prawdziwa gehenna. Możliwe, że do tabletek wrócę, bo kiedy wreszcie torsje mijają, długo i długo jestem jeszcze nieumarła, ale do żywych też nie należę. Gdybym wiedziała wcześniej,że "to" się zbliża łyknęłabym tabletkę i funkcjonowałabym normalnie, ale łykać za każdym razem, kiedy mnie ciśnie w czaszce, to oznacza powrót do nałogu.

 Na spływ umówiona byłam, a ile mnie  kosztowało zachodu,sposób dostania się do małej pipidówy nie mając samochodu, podczas wakacji i weekend wprost mission: impossible.I tak to zamiast płynąć kajaczkiem, leżałam zgięta wpół z rolką ręcznika papierowego, powtarzając niech mnie ktoś dobije. Siostra na wyjezdzie, opieka nad mamą w szpitalu pod moją pieczą, więc wczoraj, jako, że przez dwa dni nie byłam wstanie podnieść się musiałam do mamy. Mama potrzebowała czystej bielizny, nowych książek, i jej ulubionej wody. Zapakowałam wszystko do plecaka, łatwiej dzwigać ciężary na plecach, na miekkich nogach i ciągle jeszcze ze skurczami żołądka przecierpiałam podróż od siebie tramwajem i autobusem do dworca. Potem pociąg, potem znowu tramwaj. Mama taka zabiedzona, nie pozwalają jej chodzić, nie ma apetytu, więc tę wodę musiałam jej zwiezć bezwzględnie, siedziałyśmy na ławce takie nieszczęśliwce dwa. Z powrotem w pociągu był niesamowity tłok, ledwo się wcisnęłam, robiło mi się na przemian to słabo, to zbierało na mdłości, na szczęście, w którymś momencie wysiadło parę osób,zrobilo się trochę przestrzeni do oddychania, walnęłam się na plecak i jakoś dowiozłam zwłoki do miejsca przeznaczenia. W domu syf, kot jedząc roznosi jedzenie po całej podłodze, nie byłam w stanie tego ogarnąc, ale kuwety wyczyścić i wynieść po dwóch dniach mus. Razem z workiem do pojemnika wyrzuciłam klucze od domu. Stałam przy tym pojemniku już prawie rycząc ,ale objawił się w całej swej postaci pan śmietniskowiec, miał taki a'la pogrzebacz i tym to narzędziem wyłowił mi klucze. Ocalona raz jeszcze. A dzisiaj, na działkę, nie byłam przez parę dni, ta cholerna szklarnia, ogórki, które niby zaraza zjadła, ale pod tym czarnym listowiem ciągle coś jest do zrywania i pomidory. Tylko podlałam, powinnam podjechać tramwajem, ale na samo wspomnienie wczorajszej podróży robiło mi się niedobrze. Więc rowerkiem, pomalutku, trzy dni niejedzenia nie robi dobrze na kondycję. Turlam się tak, przede mną idzie pani z pieskiem. Pani elegancka, włosy jakby prosto od fryzjera, pani idzie po chodniczku, piesek po trawniczku drepce, a pomiędzy chodniczkiem a trawniczkiem jest ścieżka rowerowa, smycz uniemożliwia mi przejazd. Grzecznie mówię hallo, proszę zabrać pieska. Kobieta odwraca się i nie mówi, tylko krzyczy, A GOWNO ! Stanęłam i pytam się: blokuje mi pani drogę i jeszcze krzyczy ? Ona do mnie jeszcze głośniej Ty ropucho ! nie słuchałam dalej, zakręciłam pedałami i już mnie nie było, pani w gustownym kostiumiku, wtf ? 

Bari na wyjezdzie z siostrą włóczy się po Polsce północno wschodniej i przysyła mi zdjęcia :)





 

Liściopad

Nudna będę i monotematyczna, ale kolory jesieni zachwycają mnie wciąż i wciąż, żółcienie, czerwienie przyciągają i cieszą oczy, tworząc nast...