niedziela, 14 września 2025

Cuda pani, cuda

 

Zanim o cudach będzie, wspomnę o nudnej, zakrapianej deszczem rzeczywistości. Działki i prac rolnych mam powyżej uszu, nic nie idzie zgodnie z planem i z moimi wyobrażeniami, wszystkie wysilki spełzają na niczym. Kwiaty rosną gdzie chcą, wcale nie tam gdzie je posadziłam. Krzaki borówki musiałam przesadzić, rosły obok malin i truskawek i owe towarzystwo za bardzo zachłanne się okazało. Wszędzie ślimory i mrówki, nawet maliny muszę bacznie oglądać przed zjedzeniem, bo już parę razy plułam wściekle jakąś żywą drobiną. Czeka mnie walka z krzaczorami, które sama sadziłam, a które nie są tymi, które miały być w momencie zakupu, a rosną jak głupie. Zwieńczeniem moich wysiłków jest szklarnia z pomidorami. Miały być jak w ub. roku duże czerwone i duże malinowe, nie mam żadnych z tego rodzaju. Dziwiłam się patrząc na kilka, jakoś bardzo długo dojrzewających, aż łodyga złamała się nie wytrzymawszy ciężaru, okazały się już dojrzałe bardzo i pomarańczowe finalnie. W przyszłym roku zrobie pomidorową przerwę, a potem będę sama hodować z nasionka, jedyne wyjście chyba, żeby wiedzieć dokładnie jakie owoce będą, ech.. 

Cud jest związany z rajdem. Wspominałam pisząc o poprzednim, że niepowtarzalna atmosfera, przyjazni, weseli ludzie, z jednej opcji politycznej, na ogół, w mojej grupie był jeden zwolennik Mentzena :)  A to że ja na blogu żaliłam się, żem biedna i ciężko było, nie znaczyło że innym psułam humory. Odwrotnie, słyszałam, że śmiałam się i żartowałam najgłośniej. Zarty głównie z siebie i śmiech przez łzy.  W drugim dniu jazdy mieliśmy postój i poczęstunek w miejscowości Jedzbark. Zaprosił na sołtys, a koło gospodyń ugościło smacznym posiłkiem. Były różne zupy i wszelakie ciasta , napoje, były też mięsiwa i kiełbasy. Ugoszczono nas po królewsku. W zamian proszono o datki dla Amelki, czterolatki, chorej na serce. Operacja w Stanach, koszt ponad dwa miliony złotych, przez rok zbiórki rodzice nie uzbierali nawet połowy potrzebnej kwoty. Jedni wrzucali do puszek, inni robili przelewy, ciągle kropla w obliczu ogromu sumy. W ostatni piątek zatrzęsła się ziemia, ktoś wpłacił brakującą kwotę, ponad milion złotych! Pod matką dziecka ugięły się nogi, nie wierzyła, a my wzrusz po całości. 

wtorek, 9 września 2025

Nigdy więcej



 żadnych rajdów, wyścigów i błota, over ! Zawsze trochę mnie wkurzało, kiedy słucham gdy ktoś mówi, że to nie dla niego, że za stary, że za trudno, oczywiście rozumiem fizyczne ograniczenia, ale często są to bariery,które nakładamy sami sobie bez zastanowienia, niejako z automatu. Nawet na tych zajęciach cyber, jedno po drugim powtarza, że nie jest w stanie tego zrozumieć, bo mózg wolniej pracuje, bo to i tamto. Ale kiedy Aurelia tłumaczy siedzą bez przerwy w komórkach, albo prowadzą rozmowy, a potem: ja nic nie wiem, za stara jestem. Wygląda na to, że dołączę do chórku :)      W piątek wyruszyłam raniutko pociągiem via Olsztyn, pogoda przepiękna, wysiadłam w Ostródzie, żeby rowerkiem dojechać do celu. A i J jechali z innej imprezy, z innego kierunku, spotkanie na miejscu. Ja jak to ja, pogubiłam się w lasach, najgorsze,że nie zapakowałam dodatkowego ładowania do komórki i kiedy ta padła, jechałam na czuja. Ludzi tam jak na lekarstwo, nawet jak spotykałam chałupki, pozamykane wszystko na głucho. W końcu kiedy dotarłam do celu i jechałam wolniutko szukając pożądanego numeru, usłyszałam, Graża, Grażka, tu ! Koleżeństwo od dwóch godzin siedziało  na ławce w oczekiwaniu na zwolnienie apartamentu. W nocy zaczęło lać i deszcz, czy to ulewy czy zaledwie mżawki towarzyszyły nam już do końca pobytu. Warmia i Mazury, byłam parę razy, nawet na rowerze. Jednak co innego kolebać się bez obciązenia od jednego jeziorka w kierunku drugiego, a co innego z pełnymi sakwami gnać wśród szaleńców. Człowiek zjechał z jednej górki,zaraz pojawiała się następna,wyższa i dłuższa od poprzedniej, jakby ani jednego płaskiego kawałka nie było w okolicy. Wieczorem kiedy stękałam, że dziwnie jakoś złachana jestem, A mówi, pomyśl chwilę, ile jest kobiet w naszej grupie ? tylko my dwie 60 i nastu facetów +- 40 w obcisłych gatkach. Wyprzedzamy inne grupy, czyli ćiśniemy.  Pierwszy dzień był jeszcze w większości po asfaltach, drugi nightmare. Przez lasy, po piachu, błocie, kamieniach. Okulary zachlapane deszczem i błotem, cała byłam upaćkana w błocku. Zjeżdżaliśmy ze stromizm, potem pchaliśmy rowery pod górę, naprawdę, chwilami myślalam że usiądę pośród jednej z kałuż i się rozpłaczę. Nie zrobilam żadnego zdjęcia, na postojach tylko ocierałam twarz i okulary z błota, kawa albo woda, coś słodkiego i za chwilę trzeba ruszać. Na zakończenie medal, pierwsze zdjęcie, wręczany na rynku w Olsztynie :)   Teraz dwa dni po imprezie myśle, że to nie rajd był taki ciężki, tylko my jesteśmy obydwie wariatki. Na poprzednim wyjezdzie, w naszej grupie było więcej babek, one powiedziały stanowczo , że jadą wolno i cała grupa musiała się dostosować, więcej było przerw,  mogłam podziwiać krajobrazy w trakcie jazdy. Nie umiem odpuścić, pokazać słabości. Przypomina mi się moj królik. Mój obrońca, miniaturka, biegał swobodnie po mieszkaniu, nauczony załatwiać się w kuwecie. Kiedy mój ówczesny zaczynał krzyczeć na mnie ten wpijał się w jego łydkę, piętę i duży, wielki facet walił nogą z tym królikiem o ścianę, pewnie gdybym nie interweniowała, zatłukłby królika na śmierć, jednak bez względu jak nim uderzał, królik nie odpuszczał. To jest doprawdy niepojęte jak bardzo można być ślepym i głuchym, żeby nie widzieć co na prawdę siedzi w drugim człowieku.

sobota, 30 sierpnia 2025

Pisanie

 bloga traktuję raczej jako wprawkę, pewnego rodzaju ćwiczenie. Nie zamierzałam poruszać tutaj tematów trudnych , bolesnych dziejących się tu i teraz, bo to co kiedyś zdarzyło się i przepracowałam jakoś, mogę dotknąc od czasu do czasu. Nie sposób jednak przejść nad  ciężarem,który nazbyt aż mi doskwiera ostatnio. Do tego poczucie winy, wstyd za emocje, których nie powinno być, a których nie sposób się pozbyć. O młodszej córce wspominałam, ostatnio leciała do Londynu na jakiś spektakl,piękne zdjęcia z teatru mi przysłała. O starszym dziecku nie pisałam. Nasza relacja to  napięcia, nieporozumienia i ciągły niepokój.Nie rozumiem jej wyborów i podejścia do życia.  Kiedy dzwoni, boję się odbierać, telefon zwiastuje kłopoty i zazwyczaj jakąś bombę, która mnie ogłusza. Przez ostatnie tygodnie główny temat rozmów był jeden, jej małżeństwo. Początkowo słuchałam bez emocji , bo to małżeństwo to ciągła drama od kilkunastu lat, kiedy dotarło do mnie, że tym razem serio jest, że się pakuje i wyprowadza, uświadomiłam sobie nagle, że jest całkiem prawdopodobne, że zapuka do mnie,do mojego małego mieszkanka,że nie ma nikogo innego. Ja sama nigdy nie byłam zbyt towarzyska ani chętna do nowych kontaktów, ale miałam wokół kilka koleżanek, z którymi mogłam pośmiać się pogadać, ponarzekać. Mój eks starał się, zabronić nie mógł, wszak żadna że mnie Isaura, odciąć mnie od psiapsiół, wyśmiewał, docinał, ale jakoś wybitnie uparta byłam pod tym względem. Córa nie ma nikogo, tak jakby w prózni żyła, tylko ja jako wsparcie. Z nią, dzieci, papierosy,piwo i najgorsze, niekończący się potok pretensji i żalów, do mnie i całego świata. Czy zamknęłabym przed nią drzwi, nie, sumienie by mnie żywcem zżarło, czy wytrzymałabym z nią dłużej niż parę godzin, obawiam się ,że nie. Czekałam więc, uciekając w ksiązki na rozwój sytuacji.  Parę dni temu wynajęla mieszkanie, mąż nie pozwolił jej zabrać nawet sztućcow, trzeba było wszystko organizować. Czy mi ulżyło,  trochę, za malo. Jej wcześniejsza praca, konflikty ze współpracownikami, z dyrekcją. Mówiłam, co cię obchodzi, kto z kim sypia, co kto robi albo nie robi, zajmij się tym co do ciebie należy, nie atakuj przełożonych, nawet jeśli masz rację, zwolnią cię w końcu. Teraz zimno mi się robi, kiedy opowiada co w nowej pracy. Nie przejmowałabym się tak bardzo, nie czułabym tego ciężaru, gdyby nie dzieci, na których skrupia się  cały bałagan. Starszy nastolatek, telefon i niewiele więcej go interesuje, młodszy...Czasami dostaję pozwolenie na zabranie go . Chętnie chodzi na basen, przez całe lato, żadne z nich nigdzie go nie zabrało, nawet na głupie jezioro, zięć ma samochód.  Autobusem nad najbliższą wodę to ponad trzy godziny jazdy z przesiadkami. Półtorej w jedną, potem z powrotem i dojść trzeba spory kawałek. Raz się wybrałam. Kilka godzin stałam w wodzie, powrót na kocyk to zaraz łapanie za telefon. W wodzie natomiast szalał, odpływał za daleko, nurkował. Nie reagował na prośby, krzyczeć nie chciałam, córka mam wrażenie krzyczy bez przerwy, więc stałam w tej wodzie, w pobliżu niczym czapla. Powrót był rozpaczliwy, mały nie przyzwyczajony do ruchu ledwo szedł i marudził okropnie i ja na ostatnich nogach. Odchorowałam. 

Jutro na rower, ostatni trening przed  rajdem. Zmęczenie jest dobre, tonuje emocje i ksiązki, mój największy przyjaciel. Znowu trafiłam na fajnych autorów i pozycje które można pochłaniać i bywac w innych światach.

   Dedykacja z "Dziecka Odyna" Siri Pettersen

I tobie. Tobie,który zawsze czytałeś ksiązki nieznane wszystkim innym. Dziwakowi,ktory siedział w ostatniej ławce w klasie. Tobie, ktory dorastałeś w ciemnej piwnicy, gdzie o twoim losie decydował rzut koścmi. Tobie, który wciąż  przebierasz się za kogoś innego. Tobie, który nigdy nie potrafisz się do końca dopasować i któremu często się wydaje, że jesteś w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. To jest książka dla ciebie. 

To była ksiązka dla mnie.  

niedziela, 17 sierpnia 2025

Podpisałam

wysłane do córy zdjęcie " kot zdechł" i w odpowiedzi dostałam opeer, że aż się oburzyłam, żart może niezbyt przedni, ale skąd podejrzenie, że mogłabym do kogokolwiek, a zwłaszcza do niej przesyłać zdjęcie nieżywego zwierzaka. W każdym razie Kevin podczas upałów polegiwał w najdziwniejszych miejscach i przybierał niespotykane do tej pory u niego pozy. Dni wolne, można powiedzieć zmarnowałam. Miał być rower, jezioro, dowolnie daleko, może sobotnia wędrówka Dwa z nich spędziłam w rozgrzebanym łóżku, sięgnęlam z rańca po wypożyczony wcześniej stosik z biblioteki i przepadłam. W sobotnie południe zmuszona przez miauki kota, któremu zachciało się, mam wrażenie najbardziej śmierdzących puszek, maxi natural z Biedry, wyczlapałam na żar, do najbliższego sklepu, z kilkoma puszkami w ręku, patrzyłam na te pełne wózki i otaczający mnie burdel dookoła, złapałam jeszcze tylko jakieś picie i szybko do domu, do zostawionych na łóżku fantazji. Do wczorajszego południa ostatni tom zakończyłam, z ulgą, bo ileż czasu można na kanapie spędzać i z rozczarowaniem, powrót do zwyczajności i róznych niewesołych myśli. Na działkę marsz, musztrowałam się w duchu. Kłódka mi się ostatnio zbiesiła i nie mogłam jej zamknąć toteż tylko zawisła, a jako kamuflażu uzyłam dzikiego groszku pnącącego się obok w wielkiej obfitości, jednak gdyby ktos tylko puknął niechcący... O działce nie mam wielkiej ochoty pisać, jedna wielka porażka. Pomidory które kupiłam wiosną od jednego paskudnego dziada, nie dość, że drogie okazały się pomidorami czereśniowymi ? Koktajlowe to są bodaj małe krzaczki, te są normalnej wielkości, tylko malutkie pomidorki mają, przyznać muszę że smaczne i słodkie. Na domiar zaraza je zaatakowała, gnojówka z pokrzyw, drożdże, trzeba by pewnie chemią je potraktować, wywalam co rusz jakiś krzak. Fasolkę, slimory, w trzech miejscach miałam, wyżarły do gołych łodyg, obsypywałam granulkami, ale co chwila deszcz, w końcu machnęłam ręką. Z plusów,stara róza którą z pewną obawą mocno przycięłam wiosną, bo gruba, łysa, wysoka łodyga, mająca przez cały sezon góra trzy czerwone różyczki, obsypała się taką ilością kwiatów, że patrzyłam  na nią z  niedowierzaniem. Próbowałam doczytać o rózach, ale jest masa informacji, a ja nawet nie wiem, jaka  przedstawicielka rosnie mi po płotem, wiem teraz, że lubi cięcie. Krzaczek nie wiadomo czego, dwa lata temu posadzony, nie rosnący, chorowity w wyglądzie, przesadziłam, w przeciągu paru tygodni, ożył, urośł, zobaczymy tylko jak przetrwa zimę. Z wyprzedażowych kwiatków kupiłam doniczkę z dwiema nędznymi listeczkami brunei, stała i stała a teraz, każdy liśc nieomal jak moja głowa, olbrzymka.                     Wycieczki sobotnie przestały mnie bawić, jakoś nie mam ochoty na spotykanie A. Jestem zła na siebie, wiadomo, ale jak można decydować za kogoś na podstawie rozmowy sprzed kilku miesięcy ? W dodatku kiedy przyszło do rozliczeń,(zpisała, zapłaciła) okazało się, że wrześniowy rajd nie ma sponsora i automatycznie impreza podrożała o kilka stów, i koszt, który wcześniej było dla mnie jeszcze do przełknęcia, stanął mi w gardle.  Słuchanie A. o jej ostatnich zakupach, jest gadżeciarą, najnowszy telefon, zegarko-komputerek, gadający kask,  nagle zaczął mnie drażnić, och zazdrość pewnie przeze mnie przemawia. Jej brakuje nieco empatii a ja jestem dupą w korach, sprawić komuś przykrośc, och nie, lepiej ,zeby mi ją sprawiano. Na domiar przyszło rozliczenie za centralne, pół osiedla się wzburzyło, na fejsie wrze, wprawdzie nie mam, ale koleżanka przesyła różne info. Trzeba zapłacić sporą sumkę i nagle za sprawką nowych zaliczek czynsz wzrósł niebotycznie. Mama, potem córa wprawdzie zaoferowały wsparcie, grzecznie odmówiłam,zawsze sobie radzę.
Różyczka ma aksamitne płatki, delikatny zapach i jakby podwójne środki :)

niedziela, 10 sierpnia 2025

Terapia



 O problemach ze snem wspominałam zapewne parokrotnie. Myśli się: wyśpię się kiedyś na emeryturze, a tu guzik z pętelką, można leżeć i leżeć, niemal wrastając w łóżko i nic z tego. Apogeum problemów ze spaniem miałam w swojej ostatniej pracy, po powrocie z Holandii ( po co żeś wracała, kobieto ), rok do emerytury, jedyną pracą gdzie zaproponowano mi od ręki umowę o pracę była firma tworzyw sztucznych. Praca na trzy zmiany, wielkie maszyny, gorąco jak w piekle, ostre narzędzia, rozgrzewanie nożyczek w piecykach do czerwoności, wspinanie się na owe maszyny, żeby przeczyścić w środku, tempo, tempo, byliśmy rozliczane od zrobionych i zaakceptowanych produktów. Po nockach nie umiałam spać w dzień, nawet tabletki nasenne pozwalały na przespanie zaledwie 4 godzin. Praca była wyczerpująca i ciężka, do tego brak snu. Chodziłam niczym zombie, potrafiłam zostawić samochod na chodzie z kluczykami w środku i iść sobie, raz nawet hamulca nie zaciągnęłam i patrzyłam otępiałym wzrokiem jak moj samochodzik powoli  kula się z parkingu. Nie wiem jak ten rok przetrwałam bez zrobienia sobie ani nikomu krzywdy, cud prawdziwy. Ciągle zdarzają mi się nocki, kiedy budzę się po pólnocy i leżę do rana, przewracając się w pościeli. Kiedy takich nocy jest więcej ogarnia mnie rozpacz, wiadomo dni po owych nockach są do dupy. Kiedyś, rozsypałam na działce parę ziarenek maku, zerwanych w innym ogródku, nie tego czerwonego,polnego tylko grubszego, jak na drugiej fotce. Mak rozsiał się i owszem, wyłaził potem z każdej dziury, część wypieliłam, część zostawiłam. Czas na zbiory, obcięłam główki, wrzuciłam do byle jakiej reklamówki i do sakwy. Byle jaka reklamówka ma znaczenie, jak wiadomo, makówki mają kopułki u góry, z otworami, kiedy owe makówki  dotarły ze mną do domu okazało ,się ,ze połowa jest pusta, wyleciał z nich mak i z podartej reklamówki również ,a że moje sakwy są po przejściach, przetarte tu i ówdzie, to ja niczym ten Grześ z workiem piasku. Trochę maku jednakowoż wydłubałam do miseczki, i pewną nocką, wiedząc ze ze snu nici wzięłam łyżeczkę , łyknęłam maku, popiłam i o dziwo po chwili spałam. Sen miałam: ostre kolorowe tańczące plamy, wirujące plamy, kiedyś podobne klipy w Mtv były, oczopląsowe. Uff obudziłam się. Leżałam chwilę usiłując oprzytomnieć i znowu zasnęłam. Obudził mnie mój własny krzyk. Pamiętam jakby to realne było i działo się 5 minut wcześniej. W owym śnie zeszłam do piwnicy i zgasło światło, nagle ktoś łapie mnie za cycek i zieje mi śmierdzącym oddechem w twarz, nie mogę się wyrwać, zaczełam krzyczeć, krzyczałam jeszcze chwilę po obudzeniu się. Tak że tego, proszę państwa, maku w najbliższym czasie nie będę używać. 

Zdjęcie pierwsze to osty, na suchy bukiet dla mamy. Mama uwielbia kwiaty w wazonie, nie ma jednak dość sił, żeby zmieniać w nich wodę, robię to ja, czasami zapominam i śmierdzi, więc żywe kwiaty pójdą do małego wazonu a w tym dużym ciężkim będą suszki.  

niedziela, 3 sierpnia 2025

Na zmartwienia


 

i niepokoje najlepszym dla mnie lekarstwem, kiedyś było bieganie, teraz rower. Skaleczenia goją się, siniaki przekwitają, opuchlizna z ręki zeszła, boli nadal , ale jest to ból do zaakceptowania, bandażuję okolice nadgarstka i tyle. Uznawszy, że czuję się na tyle dobrze, żeby nie siedzieć w domu postanowiłam ,ze dokończę nieudany ostatnio wyjazd, kamień ominęłam szerokim łukiem :) 3/4 jeziora można objechać nieomal nad samą wodą, duży plus jak dla mnie, nad jednym z brzegów, stoją pomościki z ławeczkami, zachęcające "siądz pod mym liściem a odpoczni sobie", niektóre ławeczki są całe osłonięte trzcinami. Wykorzystawszy okno pogodowe popływałam sobie w małym zakątku, gdzie nikogo nie było. Lubię takie ciche miejsca, ale kiedy pływam, a w okolicy nikogo myślę sobie gdyby skurcz mnie złapał niespodziewanie, zostałby po mnie tylko rower na brzegu.

Wkurzona jestem, zła i smutna jednocześnie. Mama mieszka w wieżowcu,z dwiema klatkami. Od zawsze pod tą drugą klatką kręcił się tam taki pijaczek, jako stały nieomal  element krajobrazu. Ostatnio  zauważyłam, że przesiadł się na wózek,czesto  stał pod tym drugim wejściem. W piątek wychodząc od mamy, po wyjściu z windy natknęłam się na tego gościa, do parteru z windy jest dokładnie 9 schodków, siedział przy tych schodkach w wózku i patrzył  na dół. Pomóc panu ? Pytam się, a mogłaby pani ? Jako że to jest facet ,nie gruby, ale jednak, a moja jedna ręka na  wpół sprawna, pytam się przechodzącej kobiety, pomoże mi pani ? A ta z taką pogardą ,nie tknę palcem tego śmiecia. Ooo ? Rozwiązalismy problem tak, że on się zsunął pupą po schodach, a ja z wózkiem już mogłam sobie poradzić. Potem pomogłam mu na ten wózek wejść. Usłyszałam w podziękowaniach ,że on tam pół godziny stał i wszyscy go mijali. Faktem jest, że facet cuchnął, że dotykałam czegoś mokrego i to sądząc po zapachu były siki, myłam ręce wciąż i wciąż. Mimo wszystko.. Zadzwoniłam do siostry, która pracuje w szeroko pojętych służbach socjalnych, z pytaniem co z tym gościem. Okazało się ,że rozmawiała z nim pomagając mu własnie przy wejściu, czy zejściu. I jeżeli on sobie nie życzy pomocy  z systemu to nikt nic nie może zrobić.

Maćka otruto, poryczałam się.. 

niedziela, 27 lipca 2025

Żeby kózka....

Jaka tam kózka, nawet nie koza, kozlica ? Stara groopa. Wczorajszą wędrówkę odpuściłam. Jej zakres nie był szczególnie interesujący, po drugie jeden z prowadzących bywa dziwny. Niby żartuje, ale gdzieś tam szpileczki i złośliwości wbija a ja nie robię niczego czego inni nie robili, szybciej czasem chodzę, czasem się urywam, odmeldowawszy się wcześniej oczywiście. A zapisała mnie na rajd wrześniowy i zapłaciła od razu. Miałam jej przecież powiedzieć, że nie jadę i odkładałam to na jakiś odpowiedni moment. Jedna z moich "zalet". Rzeczy w jakiś sposób trudne, niemiłe, kłopotliwe odkładam, pomimo świadomości, że nie powinnam. W nadziei że same z siebie się rozwiążą, co się nigdy nie dzieje. Gdybym stawiala czoła wyzwaniom, zapewne moje małżeństwo zakonczyłoby się wcześniej, potem nie wpadłabym w takie długi. Wstępnie wygląda na to że na rajd pojadę i dobrze, trochę radości się każdemu należy. Pojechałam zatem na rower, planując objechac jezioro, nad którym rzadko bywam. Dojechałam do pierwszej z plaż i jeb w wielki kamień. Podniosłam się oceniając ,że ze mną chyba ok, ale rower zdecydowanie nie był ok, koło nie chciało się kręcić. Czyli nawet prowadzenie roweru odpadało.Znajomy, który wcześniej kiedyś pomagał mi przy rowerze, był na wędrówce, zupełnie nie ta strona świata, Dzwonię do szwagra, czy w domu jest. Właśnie wychodzą z Barim, Bari na jego problemy ze stawami ma zalecone pływanie. Mieli jechać gdzie indziej, ale przyjadą. !0 km ode mnie do miasta z przystankiem kolejowym. Umowiliśmy się, oni od dworca idą w moją stronę, ja idę na przeciwko. Poinstruowana zostałam co powinnam zrobić, żeby koło mogło się kręcić.Próbowałam majstrować bezskutecznie, przyjrzałam się w końcu z desperacją stojącym nieopodal rowerom i wybrałam jeden, który jak oceniłam miał torbę z narzędziami. Kiedy właściciel się w końcu pojawił, poprosiłam o pomoc. Męska ręka poczarowała i okazało się ,że mogę nawet wsiąśc i jechać, powolutku, ale do przodu i do pociągu. Potem dotarło do mnie że jednak poobijana jestem i posiniaczona, ale najgorzej z ręką. W tej chwili za bardzo nie mogę nią ruszać i spuchła. Piszę lewą, jednym palcem, czyli dlugiego pisania nie bedzie bo to meczace dość. Spotkanie z kamlotem dziwne było, zastanawiałam się czy to nie podświadomość, szykują się kłopoty, nie moje ,ale możliwe, że mi przyjdzie płacić za czyjeś błędy, jadąc myślałam ,ze gdybym samochodem rąbnęła z całej siły w ten wielki kamlot miałabym święty spokój od wszystkich dramatów świata i chwilę potem leżałam, niestety nie ta prędkość, nie ta masa :)

Po co komu pies ?

Włascicielem psa, z którym tymczasowo wychodzę jest syn mojego znajomego. Nie lubię człowieka, chociaż nigdy go nie spotkałam, a ów znajomy ...