sobota, 10 sierpnia 2024

Zielono mi

Wydawałoby się, że w pewnym wieku wypadałoby być stateczną osobą, rozważną i mądrzejszą nieco, niestety nic z rzeczy powyższych mnie nie dotyczy. Mądrość ? A owszem wiem ,ze nic nie wiem, rozwaga, stateczność, możliwe, że w trumnie owej rozwagi nabędę, jako że dzisiaj wpis kwiatkowy będzie, przykład mojej rozważności z działki przytoczę. Wzięłam się dnia pewnego za drzewa, tzw.wilczki. Postawiłam taboret, na niego z niemałym trudem ustawiłam pieniek leżący w chaszczach, drzewo wysokie, drabina? A komu chciałoby się drabinę tachać dla paru gałązek. Wyłamałam parę dostępnych gałęzi, parę jednak było poza zasięgiem moich rąk, więc na paluszkach próbowałam stawać, to podskakiwałam i tak to od moich tańców na pieńku, pieniek rozpadł się na dwie części, stary, spróchniały, jakby ktoś się nie domyślił jeszcze, na szczęście rozpadał się na tyle wolno, że zdążyłam mocno gałęzi się chwycić i w ostatniej chwili nogę zarzuciłam do góry i tak siedziałam na drzewie stabilnie i całkiem bezpiecznie. Na działki, kiedy do pracy nie idę jeżdżę rano, i o tej porze w mojej alejce żywego ducha nie ma. Siedziałam tak z godzinę, kiedyś bym skoczyła, ale od czasu wypadku, wiem jakie kruche bywają kości, coraz bardziej zdesperowana i w końcu pojawił się  90 letni sąsiad, ten na moje okrzyki w pierwszej chwili nie zareagował, potem załamał ręce i po chwili przyciągnął drabinę i mnie uwolnił, normalnie mój książę.

Bardzo lubię kosmosy, delikatnie tańczą na wietrze, praktycznie bezobsługowe, same się wysiewają i nie wchodzą w żadne relacje ze ślimakami.
Podobna rzecz ma się z nachyłkami, ale do nich mniejszą symatię czuję, chociaż urody im nie brak, ale nie trzymają pionu i nachylają się jak na trawnik, to nie mogę tam dobrze skosić, jak na grządce to rosną w takim poplątaniu, że do chwastów nie mam dojścia.
parę dalii ocalało i parę cynii, cynii to nawet więcej niż parę, rzutem na taśmę ocaliłam sporo obsypując niebieskimi granulkami i teraz dopiero większość dochodzi do siebie.


Rudbekię kupiłam w ubiegłym roku w postaci trzech listków, jeden był złamany,za całe 5 zł, spodobał mi się obrazek wciśnięty do doniczki, dopiero w domu doczytałam, że nie zimuje, no coż obsypałam go korą i tadam! Kwitnie tak od połowy czerwca i czasami go macam, bo nic się w wyglądzie nie zmienia, żeby sprawdzić czy on nie sztuczny.

Też z odzysku, ale ta różyczka od razu poczuła czaczę, miesiąc temu wsadzałam smętne, żółtawe listki.
A to albo lewizja, albo gazania, nie chce mi się w tej chwili szukać, z całej doniczki siewek ostał mi się jeden dorosły. A na balkonie niespodzianka
Wiosną wyrzuciłam amarylisy do śmietnika, od dwóch lat nie kwitły kierdy i uznałam,że kończę z nimi, po chwili widząc jakie dorodne cebule niektóre mają wyciągnęłam je z kosza i z powrotem do ziemi wsadziłam.

Byłam na wycieczce, więcej na takie krótkie, czyli 10 km nie chodzę, za dużo starszych osób, ktoś mi wytknie, młódka się znalazła, no ale takie tempo spacerowe to nie na moją skrzywioną psychikę. I cóż, pan W, z którym już wydawało się wszystko ok, więc rozmawiałam z nim jak z każdym innym znajomym, w pewnym momencie kiedy szliśmy obok siebie złapał mnie za rękę!





 

piątek, 2 sierpnia 2024

Wkurzyłam się

i chwilę potrwa zanim mi nerw opadnie. Zadzwoniła K i zimnym głosem oznajmiła, że dostała info, że nie byłam w pracy i burdel jest i pełne kosze. Słucham jej pretensji, przez chwilę próbując zrozumieć o co biega. W końcu przerwałam jej w pół słowa, że dzwoniłam do niej uprzedzając, że mnie nie będzie, że mogę przyjść dzień wcześniej, w tym biurze "bywam" dwa razy w tygodniu, i zrobić swoje, zgodziła się, a teraz upierała się, ,ze wcale nie dzwoniłam, aż zaczęłam  cytować jej słowa z poprzedniej rozmowy i w końcu przyznała, że zapomniała, i nie uprzedziła biura. Nie zależy mi na tej pracy i prawdę mówiąc gdyby nie kocisko, które tylko pstrągi żre i żarcie z wyższej półki to nie dorabiałabym w ogóle. Aczkolwiek K jako szefowa,chociaż zakręcona czasami jak świński ogonek, w porządku jest, mam swobodę, płacone na czas i kiedy potrzebuję mieć wolne nigdy nie robi problemu. Ale co się nasłuchałam... Koleżanka poprosiła mnie, żebym ją odebrała z kliniki oddalonej ok. 2 godzin jazdy. Ona sama na wywczasach i ktoś ją miał tam zawiezć, a ja po zabiegu odebrać. Wieczorem przyniesiono mi klucze od samochodu, wcześniej tylko upewniłam się,że nie automat, nie jezdziłam takim wcześniej. Zdziwiona patrzyłam na plastikowy prostokąt zastanawiając się gdzie u licha jest wichajster, którym uruchamia się silnik, nie rozwiązałam zagadki i w końcu telefon do znajomego, faceci wiedzą takie rzeczy, który przyjechał i pokazał, a rzecz polegała na naciśnięciu w odpowiednim miejscu ha ha ha. Pojechałam siedząc za kierownicą,w obcym, dużym samochodzie ,sztywno jak kij od szczotki, jadąc najszybciej 80 bo 5 bieg mi nie wchodził. Na miejscu okazało się, że koleżanka zabiegu nie będzie miała, bo opryszczka i lekarz powiedział nie. No i tak to dzień zmarnowany, dodatkowo opeer dostałam, aczkolwiek okoliczności trasy były urokliwe, Bory Tucholskie, aż korciło, żeby wysiąść. Koleżanka zła, czekała na ten zabieg prawie dwa lata. 

Czy jutro pójdę na wycieczkę, nie wiem. N i e mam się w co u b r a ć. Ma być gorąco, a krótkie  a nawet 3/4 spodnie odpadają, purchli już wprawdzie na nogach nie mam, ale skóra jest ciągle podrażniona, i gdybym ja  znowu wystawiła na ostre słońce mogłoby być całkiem zle. Jeansy w upał mnie odpychają, luzne, przewiewne ,a'la satyna nie nadają się do siadania po rowach. Miałam kiedyś świetne bojówki, ale porozcinano mi je na SORze, kupiłam niby podobne, te jednak tylko dobrze wyglądają chwilę po założeniu, swieżo wyprane i wyprasowane, dwie godziny pózniej przypominają bezkształtne szmaty, do tego dosłownie spadają mi z tyłka (rozmiar na metce 36). Nie to ,ze ja się bardzo przejmuję swoim wyglądem, do tej pory zakładałam byle co, byle wygodne i adekwatne do pogody, i nie chodzi tu bynajmniej o pana x ,tylko o dwie panie. Kiedy zaczęłam brać udział w wycieczkach, starałam się porozmawiać w celach poznawczych z każdym uczestnikiem, dwie panie okazały się nastawione negatywnie, nie przejmowałam się, wiem ,ze niektórzy do zmian, do akceptacji nowych osób w otoczeniu potrzebują więcej czasu, pózniej raz i drugi znowu próbowałam zagaić rozmowę i odbierałam od nich wyczuwalną negatywną energię. Teraz więc traktuję je niczym słupki na drodze i omijam. Kiedy jest więcej osób, idziemy grupkami, ja  z przodu, one zazwyczaj z tyłu i kontakt jest minimalny. Ostatnio jednak było niewiele osób i siłą rzeczy trzymaliśmy się razem no i za każdym razem kiedy mówiłam, wygłupiałam się, widziałam jakie robiły miny, jak wywracały oczyma. Nie mam potrzeby być lubianą przez wszystkich ,ale to było dość deprymujące. Więc muszę wyglądać dobrze, aby się pewniej czuć i prawie do galerii weszłam aby coś nabyć, w ostatniej chwili popukałam się w głowę, głupia ty i zarządziłam odwrót.

niedziela, 28 lipca 2024

W opozycji

do tych wszystkich pięknych zdjęć, które oglądam na blogach, i nie tylko na blogach, w ramach niejako buntu przeciwko,


pokażę dziś w sposób obrazkowy swoją rzeczywistość. Na działkę jeżdżę tak pi razy drzwi trzy razy tygodniowo, mus bo podlać, bo zebrać, bo skosić. Mieszkam przy parku i dzień w dzień przez niego przejeżdżam

 Dalej mijam nowo budowany kościółek, to będzie 4 na naszym osiedlu, możliwe, że z intencją Myśl Jezusowa bliżej człowieka, a z kolei biblioteki, filie są likwidowane, zresztą nie dziwię się temu, niektóre funkcjonowały w katastrofalnych warunkach, teraz mamy nowoczesne mediateki.

Przejście, na którym autorki nieomal nie zlikwidowano, przez kilka miesięcy rekonwalescencji, każde przejście przez pasy przyprawiało mnie o zawroty głowy, drżenie kolan, bladość lica. Pół biedy, kiedy był sygnalizator, przy przejściu bez: stałam, stałam i stałam, czasami ktoś się litował i pomagał. Potem jadę parę km. wylotówką na wawę, łączącą też osiedla z centrum.

Ulica Warszawska wiedzie do centrum,strona prawa prowadzi do jednego z dworców kolejowych, ja skręcam w lewo na bulwary.


 

Nowo wyremontowanym bulwarem jedzie się cudnie, ale rano, w południe jest tłok, turyści, wycieczki, do końca życia tęsknić będę za ścieżkami w Holandii, które czasami okupywały tylko kaczki i łabędzie, a nie piechurzy jak tutaj.

Po zjechaniu ze ścieżki przejeżdżam koło pana,

i koło panów

i pań

Jest to bardzo urokliwa dzielnica miasta pełna odrestaurowanych i nieco zapuszczonych budynków.

Potem jadę znowu przez park, skręcam w dół, w chaszcze, droga jest nieutwardzona, pełna dziur i wybojów, ale po zjezdzie w dół, łąki nadwiślańskie.

Fundacja im.Brata Alberta pomaga dzieciom. Dwa machy pedałami i są działki.

Ze wspomnień wczorajszej marszruty dominują dwa akcenty. Szliśmy polną drogą, gdzie rosły i leżały sobie mirabelki, kilkadziesiąt drzewek, dosłownie oblepionych owocami, czerwonych i zółtych, a jaki zapach! Krótkie portki okazały się złym wyborem, moje nogi nie wytrzymały kilkugodzinnej ekspozycji na słońce. Całe łydki mam w okropnie wyglądających czerwonych bąblach, to gorzej wygląda niż jest, bo aloes łagodzi pieczenie, ale co jutro do pracy, włożyć szorty i narażać ludzi na nieprzyjemny widok, z kolei długie, nawet zwiewne będą mnie razić i potęgować ból. Dylemat odłożę do rana.





 

 

 


 

 

niedziela, 21 lipca 2024

Kiedyś


 miałam stary komputer, który kiedy gorąco było, zaczynał brzęczeć i buczeć, a po pewnej chwili totalnie strajkował, obawiam się, że moje zwoje mózgowe, są podczas upału w podobnym stanie, toteż za dużo ostatnio nie myślę. Wyczytałam gdzieś, o stanie: 'depresyjna hedonia" czyli "niezdolność do robienia czegokolwiek poza poszukiwaniem przyjemności". U mnie przejawia się w tym, że oglądam koreańskie produkcje, polskich ostatnich komedii na Netfixie nie jestem w stanie do oglądać do końca, niech mi ich fani wybaczą, nawet gang zielonej..., która to pierwsza część miała swoje zabawne momenty, męczę po połowie odcinka, próbując oglądać głównie z sympatii do bohaterek. Więc jeżeli ktoś ma ochotę na beztroską godzinę zapomnienia polecam np. Panna dzień i noc. W serialu ewenementem, jak na koreańskie standardy, jest to, że główną rolę nie kreuje porcelanowa, śliczna laleczka, tylko nieatrakcyjny babsztyl w wieku mocno średnim. Komedia trochę głupia i zakręcona z wątkiem kryminalnym. Z książek skończywszy na razie fantastykę, ileż można, śniły mi się już po nocach otchłańce, alga-ka-i  i rózne takie. P. Bretta czytałam,może 6 albo i więcej całkiem grubych tomów, przerzuciłam się na panią O.Rudnicką, nie wszystkie pozycje ma równie zabawne, ale kilka jest wartych uwagi. Gdzieś w głębi żal też czuję do świata(?) , że inni jeżdzą w fajne miejsca, a mi pozostaje tylko oglądać obrazki. Wiem, wiem jakbym się bardzo mocno uparła, mogłabym skoczyć tu czy tam, ale kiedy pomyślę o rzeczach do ogarnięcia przed, moje chęci jakoś tracą impet. Zacząwszy od głupiego kota(to nie kot jest głupi,tylko problem), dwa razy był pod cudzą opieką, raz przychodziła koleżanka karmić, nie jadł nic, w chwili kiedy wróciłam kontener w rękę i z kotem do veta pod kroplówkę. Następnym razem zostawiłam go u rodziców, uciekł, przez parę wieczorów, po powrocie z pracy, łaziłam po wszystkich krzakach wołając Kevin! Kevinek ! Cóż chciałaby księżniczka, aby rozłożono przed nią czerwony dywan i karoca czekała na rozkazy, nie, nie karoca, wolałabym tak jak u Karolci zaczarowany koralik. 

Zdjęcie, które miało być na deser wskoczyło gdzie chciało, kiedy uda mi się  w dzień powszedni, przed południem wyjechać, jestem tylko ja i jeziorko i taki spokój; przesadzam rzecz jasna, w trzcinach tkwią poutykani wędkarze i budka sprzedająca lody i zapiekanki też już jest zazwyczaj otwarta, ale kiedy pływam zapominam...

niedziela, 14 lipca 2024

Ptasie przedszkole

Mam na balkonie. Sikorkowe  dzieci siedzą w kwiatach, i na podstawkach, na półkach od regału, ale co najgorsze beztrosko ćwierkolą i podskakują na posadzce, a kotu tylko oczy się świecą,  co jakiś czas głośno krzyczę, nie wiem co o tym myślą sąsiedzi, krzykiem nie chcę straszyć kota, ale ostrzegam ptaszki, kiedy widzę jak kocur czołgalskim zasuwa w kierunku drzwi balkonowych. Kevin w ogóle urozmaica mi życie, oprócz ptaszków żywiołowo interesuje się świerszczami, nie wiem skąd się biorą, ale co chwila jakiś pojawia się w mieszkaniu, a kot nie spocznie póki nie dopadnie. Którejś nocy gwałtownie usiadłam na łóżku obudzona głośnym hałasem. Książki mam poupychane w różnych miejscach, czasami tak byle jak, i kot skacząc pod sufit za zielonym stworzeniem zwalił taki stosik blisko mojej głowy. Chowam więc w bezpieczne miejsce okulary i komórkę, zamykam lapka, a część książek poprzenosiłam na podłogę, pózniej pomyslę co z nimi zrobić.

Wczoraj wybrałam się na wycieczkę z petetekiem. Pierwszy raz od wielu tygodni. Ciśnienie mi się nieco podniosło, kiedy minutę przed odjazdem autobusu, pojawił się bohater jednego z moich postów. Jednakowoż potem, po paru km. marszu ciśnienie mi opadło, a poczucie porzucenia przyjęłam z dumom i godnościom osobistom. W ekipie pojawiła się pani w kusych spodenkach i mini topie, i wspomniany pan dotrzymywał jej towarzystwa, nie zwracając na nic innego uwagi. Pani wyglądała sympatycznie i kontaktowo, nie to co ja wcześniej, łypiąca wokół złym okiem. Szłam jak chciałam, rozmawiałam z kim chciałam, swoboda i luz. Rozczarowana tylko deczko trasą byłam. Pojechaliśmy bowiem do Ciechocinka, więcej w tym roku tam się nie wybiorę, myślałam, że będziemy wracali przez lasy, ale przewodnik ładnie mi wytłumaczył że nielzia, bo to poligon, i drony latają, dwie osoby mogłyby przemknąć ale taka grupa i co on by w sprawozdaniu napisał ? Więc szliśmy nieomal śladem ścieżki rowerowej, tylko ścieżka wiedzie wzdłuż wałów, a my szliśmy po wałach co stworzyło trochę inną perspektywę. Niby tylko 20 kilometrów, ale jeszcze czuję w nogach, ostatnio jakby mi tyłek przyrósł do siodełka i mało co chodziłam, usprawiedliwiam się upałami, które nie najlepiej znoszę. Jedno zdarzenie nieco mi humor zwarzyło, natknęłam się na swoją eks przyjaciółkę, udała,że mnie nie widzi, jakby powiedzenie mi cześć ujmę miało jej przynieść. Wkurzyłam się i przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć jej, że durna jest i bezmózg, ale ostatecznie gryzłam się w język. Przyszło mi do głowy, że to pretekst był, może znajomość z takim antychrystem jak ja zaszkodziłaby jej w zasłużeniu na zbawienie. Ostatnio już cierpliwości nie miałam do słuchania jej bajań w temacie pierwszego świętego najwielebniejszego ojca Rydzyka i drugiego w kolejności prezesa. Próbowałam zmieniać temat, a kiedy nie działało słuchawki do uszu. Może więc ja nie byłam dobrą koleżanką.

poniedziałek, 8 lipca 2024

"Za duży na bajki"

O części pierwszej myślę, występuje tam dziecko, delikatnie mówiąc słusznych gabarytów, którego ni stąd ni zowąd zaczął przypominać najmłodszy wnuk. W ciągu ostatniego roku zrobił się normalnie gruby. Nie wiem skąd ta waga, bo córa to chucherko, nie waży nawet 50 kg., zresztą cała reszta rodziny z jednej jak i z drugiej strony nie ma problemów z wagą a tu masz. Moje relacje z najstarszą córą są delikatnej natury, mamy odmienne podejście nieomal do wszystkiego, ale największe spięcia dotyczyły dzieci, wyciągałam je przy jakiejś okazji i tu i tam, wracały brudne, zziajane i mocno spóznione na umówioną godzinę. Wiem, że aktywność fizyczna nie jest panaceum na wszystko, ale mnie kilkakrotnie dosłownie postawiła na nogi, więc przekonana jestem że dwojgu żywym chłopcom nie zaszkodzi ruch i zmęczenie. Jednakowoż prowadziło to do dużych sprzeczek więc wycofałam się, bo obrywałam nie tylko ja ale i dzieciaki. Więc jest jak jest, a dzieciaki praktycznie nie wychodzące, niemal jak mój kot. Ostatnio córa jednak zauważyła problem i zgodziła się żeby kiedy mam czas zabierała je nad jezioro np. Starszy miał inne plany, więc pojechałam tylko z małym i zatęskniłam za samochodem okrutnie. Dwa razy tramwajem, potem napakowanym autobusem, sama podróż to już za dużo, a potem na plaży, jak tylko z wody wychodził, łapał za komórkę i cały czas walczyłam z nim, żeby pobiegał, pograł,moja książka nie ruszana leżała. Drugoklasista, ma już drugi aparat komórkowy, ale nie ma roweru. Kupiłabym mimo swojej mizerii finansowej, oczywiście używany, ale ja już kiedyś sprezentowałam fajny rower starszemu, tylko sprzęt jakoś szybko zniknął, ptaszki ćwierkały, że zięć go sprzedał. Może gdybym miała miejsce trzymałabym ten rower u siebie, ale piwnica zawalona towarem, od likwidacji trzeba go trzymać 5 lat i moje dwa kółka tam ledwo wpycham, a nosić na czwarte piętro ? W każdym razie biegałam, ścigałam się, rzucałam pilką i w niedzielę masakra, byłam taka padnięta, że nie ruszyłam sie wcale z domu.

Wypad nad Jeziorakiem udany wielce, pomimo upału, nie odczuwałam go wcale, spora część trasy prowadziła nieomal nad samym brzegiem,przez lasy, a jeżeli odbijało się trochę dalej to i tak jechało się pod szpalerem drzew, aleje lipowe, szkoda, że już przekwitły. Nie kąpałam się, po prawdzie zle zadysponowałam czasem, i drugą połówkę jeziora objeżdżałam jak szalona nie zatrzymując się nawet na picie ,bo pociąg. A widoki, a zdjęcia ? Tylko na początku. Niewątpliwie wybiorę się tam jeszcze kiedyś. 


 




piątek, 28 czerwca 2024

Wypadki

 chodzą po ludziach. Środa, dzień bez pracy, pojechałam więc raniutko na działkę, potem już za gorąco na wszelkie prace rolne. Po drodze uznałam, że wstąpię na cmentarz, tam żywe kwiaty posadziłam,  od czasu do czasu trzeba podlac krzaczki. Jechałam naokoło, więc inną drogą niż zwykle. Trzeba przeciąć ruchliwą dwupasmówkę, oddzieloną wysepką przed następnymi pasami w przeciwną stronę. Przejście dla pieszych połączone z przejazdem dla rowerów, przed pierwszym ciągiem ulic, samochody widząc, że chcę przejechać zatrzymały się, wjeżdżam na wysepkę,i widzę, że samochody nie zwalniają na mój widok, więc łapię za hamulec ..rower nie hamuje. Przez tę sekundę, kiedy uświadomiłam sobie, że nie zdołam się zatrzymać i widok pędzących przede mną samochodów miałam deja vu. Silne uderzenie i ja lecąca bezwładnie niczym szmaciana lalka, w następnym momencie leżąca na asfalcie, próbująca wstać, nie mogłam, zaczęłam się czołgać. Najpierw cisza była, a potem krzyki słyszałam, a najgłośniej krzyczał ten który mnie potrącił, ludzie zabiłem człowieka! Słyszałam to i się dziwiłam, przecież mi nic nie jest, nawet mnie nic nie boli, zaraz wstanę, muszę tylko trochę odpocząć.  Mając w oczach ten obraz, to wspomnienie, zeskoczyłam z jadącego  roweru, niezręcznie, w nodze ból poczułam, bach leżę. Samochody stanęły, podniosłam się i przeprowadziłam rower. Potem się otrzepałam i pojechałam dalej. Bolało mnie tu i tam, ale uznałam, że skoro jechać mogę, jest dobrze. Na działce wg planu zrobiłam pomidorom miksturę z aspiryny. No cóż pomidory to moja porażka krzaki wyższe ode mnie i taka tam gęstwina, że nie wiem czy cokolwiek  dojrzeje. Uznałam wcześniej, że skoro tyle lat na balkonie pomidory z ziarenka hoduję to wszystko wiem, ignorancja ze mnie wychodzi każdą dziurą z buta. Wróciłam do domu, wyszłam z psem, mama jeszcze w szpitalu, i już wtedy zaczęłam kuleć, ból w nodze narastał. Po powrocie ze spaceru, uznałam, że zrobię małe zakupy ale bolało coraz mocniej i szłam dziwnym krokiem boczno kulejącym, uznałam, że jednak bez względu na niedobory w lodówce lepiej mi iść do siebie do domu i poszłam coraz wolniej, coraz dziwniej się czując, stawałam przy drzewach odpoczywając, doszłam do klatki i.. ocknęłam się na posadzce. Kiedy dochodziłam do siebie, jednocześnie usiłując wstać, drzwi wejściowe się otworzyły i nade mną dały kroka nogi człowieka z ekipy remontującej jedno z sąsiedzkich mieszkań, że z ekipy to wiem, bo buty ochlapane były farbą albo inną białą substancją. Przeszedł nade mną(!!!) i poszedł dalej, a ja jako że kiedy próbowałam wstać znowu słabo mi się robiło, drogę na czwarte piętro pokonałam a to na kolanach, a to na pośladkach, z dużymi przerwami na odpoczynek. Wczoraj calutki dzień przesiedziałam w domu podpierając się przy wizytach np. w toalecie dużym parasolem. Dzisiaj nic mi prawie nie dolega i z tej okazji zakupiłam bilety na pociąg do Iławy, jak mam ginąć niech to będzie w ładnych okolicznościach przyrody.

Po co komu pies ?

Włascicielem psa, z którym tymczasowo wychodzę jest syn mojego znajomego. Nie lubię człowieka, chociaż nigdy go nie spotkałam, a ów znajomy ...