Przeżył przywitanie Nowego Roku, aczkolwiek serce się krajało widząc go trzesącego i usiłującego, mimo swych gabarytów, wpełznąć pod wannę. Nawet teraz na spacerze, w lesie, rozglądał się niespokojnie, a do odpoczynku wybierał miejsca strategicznie położone i osłonięte. Kot Maciek jak widać też przetrwał, aczkolwiek wykazuje duży dystans do ludzi, kiedyś podchodził i się przymilał, teraz obserwuje bacznie, przypomnę, był potrącony przez samochód, potem otruty, a kiedy pojawił się niespodziewanie na klatce wyglądał jak cień dawnego Maćka, teraz już prawie, prawie doszedł do dawnych gabarytów.
Nie podoba mi się ten nowy rok, gdyby to było możliwe, podziękowałabym i wróciła. Człek się starzeje nieuchronnie i bezlitośnie, niewinne dolegliwości mogą okazać się zaczątkiem poważnych niedyspozycji. Być zależną od innych, czyli od kogo ? Młodszej do głowy nawet nie przyjdzie wracać do kraju, starsza ma taki bajzel w życiu,rozpierdziela wszystko totalnie, więc absurdalna jest nawet mysl, że mogłaby w czymkolwiek pomóc. Przekazałam jej sporą część swoich dodatkowych zarobków, i nie tylko ja, bo brakuje na czynsz, bo dzieci porzebują, a przed chwilą dowiedziałam się, że zostawiła dzieciaki bez opieki, zakazała im mówić komukolwiek, strasząc a sama poleciała w świat, bo się jej należy. 😠.
Praca dobrze zrobiła mi na psychikę, przewietrzyła głowę,odżyłam. Cóz dotrzymywanie towarzystwa mamie a nawet przebywanie w towarzystwie moich, przecież fajnych koleżanek,ktore mają masę zainteresowań i są bardzo aktywne, można powiedzieć, przerazliwie aktywne i troszczą się o mnie, wiem wredna małpa jestem, było, nie wiem jak to doprecyzować , za mało inspirujące ? Pomimo permanentnego niewyspania, zaczęlo mi się chcieć układać sobie włosy, zastanawiać się nad doborem ciuchów, na ogół ściągam z linki czyste, poprzednie wrzucając do prania i tak na okrągło. Spotkania z ludzmi, rozmowy, wyzwania, przeciwności. Wstawanie o drugiej , żeby z zajezdni wyjechać z pierwszym kierowcą o czwartej. Nocne powroty, czasami kiedy kurs powrotny zahaczał o okolicę mojego osiedla , kierowca wyrzucał mnie na obwodnicy, i o po północy brnęłam przez jakies łaki , laski, na skróty, coby szybciej, gdy kiedyś podczas tych skrótów w kompletnej ciemności, królik jeden i zaraz potem drugi wyskoczył mi spod nóg myslałam, że przeżywam swoje ostatnie chwile w życiu. Czy mnie to zniechęciło ? Ani, ani. Pasażerowie po pewnym czasie, w każdym razie część z nich zaczeła traktować mnie jak biuro skarg i zażaleń, na kierowców oczywiście, na spózniające sie ale i za wcześnie odjeżdżające autobusy, na tłok, na niedziałające automaty biletowe, na brak rozkładów, na auta blokujące coś tam. Na początku próbowałam tłumaczyć i kierować pod odpowiednie adresy, nieefektywne to było najzupełniej, więc potem nawet czyste kartki brałam ze sobą i z poważną miną zapisywałam wszystkie uwagi. Ze mną i kilkoma innymi osobami, na kilkadziesiąt zatrudnionych, przedłużono umowę, co sprawiło mi przyjemnośc, bo ktoś tam docenił moją pracę. Zaraz po zakończeniu przygody w mzk, zaczełam rozglądać się za nowym zajęciem i blisko byłam podjęcia, tym razem miało być wsparcie w księgarni. Ale mama taka nieszczęsliwa, chociaż zarówno ona jak i pies byli zaopiekowani, żal mi się zrobiło i poczułam się jak taka egoistka największa, bo może to jej ostatnie miesiące, z kolei diabełek szeptał, zobaczysz, ona jeszcze ciebie przeżyje, ale ugięlam się i znowu mam wrażenie, że brnę przez lotne pisaki.Niby wykonuję jakieś ruchy, ale w gruncie rzeczy zapadam się coraz głębiej. Któregoś grudniowego wyjścia do Biedronki dorwałam przecenione cebulki , paczki za jeden złoty, za dwa. Kupiłam, kilkanaście, dnia następnego pojechałam na działkę, akurat to było po obfitych opadach śniegu, ziemia nie była zamarznieta, oczyściłam teren z puchu, posadziłam cebulki, i ruszyłam w alejki w poszukiwaniu gałazek,sosnowych, świerkowych, żeby przykryć, przed nocnym mrozem. Usłyszałam kwilenie, dziecko, żywej duszy dookoła, tylko płacz coraz głośniejszy. Rozglądam się i nic , dopiero po chwili zauważyłam ruch pod krzaczkiem. Biały kot, na białym śniegu, płakał rozpaczliwie. Z powrotem do siebie, na działkę, w sakwie walały mi się jakieś saszetki, które zawsze zapominałam zabrać, obydwie kot połknąl w mgnieniu oka, w momencie w którym je otworzyłam. I tak chcąc, nie chcąc, jadę, maszeruję, przez całe miasto, w zależności od pogody i czasu .Wczoraj kota nie było, dzisiaj też nie, mam nadzieję, że nic mu się nie stało. A kiedy czuję ,ze ruchome piaski ciągną mnie i obezwładniają, myslę o tym polu tulipanów, niech chociaż co trzeci zakwitnie.
Przepraszam za brak odzewu na komentarze,odpychalo mnie niemożebnie od pisania, nawet nie zaglądałam...I'm so sorry.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz