Wreszcie, nareszcie komodę. Doprawdy mam długi lont, do zakupu tegoż przedmiotu zbierałam się tak pi razy oko,od trzech lat. W starej komodzie jedna szuflada nie wysuwała się wcale, w drugiej odpadał dekielek, próbowałam naprawiać, podklejać, nieumiejętnie to jednak robiłam bo efekty były mizerne. W jednej szufladzie, z konieczności trzymałam gatki i skarpetki razem, więc szuflada była tak napchana, że z trudem ją zamykałam, i zawsze jakiś gać albo skarpetek wyłaził na wierzch czego widok był irytujący dosyć. Komoda miała być pasująca kolorem do pozostałych mebli i takoż rozmiarem. Ponadto design klasyczny, bez udziwnień, a co najważniejsze szuflady dosyć pojemne, i cena, oczywiście cena w granicach dla mnie do przyjęcia. Obeszłam swojego czasu wszystkie meblowe w mieście i jak daję słowo nic mi tak na prawdę nie pasowało.Kiedy tylko pojawiał się jakiś dodatkowy pieniądz zaczynałam znowu oglądać komody :) I upatrzyłam ysk, wyprzedaż, yes! Koleżanka pomogła mi przewiezc, czasami dotkliwie odczuwam brak własnego transportu. wysadziła mnie kawałek od bloku, nie mogła pomóc dzwigać, jest po operacji i przez chwilę tak tkwiłam w śniegu z ponad czterdziestokilowym pakunkiem, którego prawie nie mogłam unieść. Zapewne powinnam poprosić o pomoc, ale ja i proszenie, nie zwykłam. Jako ,ze snieg dookoła, pchanie okazało się naturalną opcją, zawlekłam do klatki, ale potem schody, mieszkam na ostatnim, czwartym piętrze bez windy, powolutku, pomalutku, schodek po schodku,gdybym nie dała rady zawsze mogłam rozwalić opakowanie i nosić deska po desce,ale w koncu stanęlam w mieszkaniu, bez tchu,z nadweręzonym kręgosłupem i cieniem satysfakcji, cieniem? Na więcej nie miałam siły. Wydawało mi się ,że najgorsze jest za mną ,ale och. W środku odkryłam cały pierdylion róznych srubek, jakieś dziwne nie wiadomo co i instrukcja. Nie jestem dobra w technicznych rzeczach, nie mam wyobrażni przestrzennej. Trzy dni, części komody zajmowaly pokój, goniłam kota, dla którego łapanie w zęby małych szeleszczących woreczków stanowiło świetną zabawę. Ślęczałam nad rysunkami, usilując pojąc co z czym i do czego, najgorsze jednak okazało się wkręcanie. Masa wkrętów, nie mam narzedzi, te zabrał eks ze sobą, jakieś stare, powyginane śrubokręty zostały mi w spadku, po wkręceniu pierwszych kilkunastu śrub, czasami zamiast otworu była tylko mini dziurka wskazująca na miejsce łaczenia, potworzyły mi się pęcherze, palce poowijałam plastrami, i tak parę śrubek rano, parę w południe, parę razy uznałam ,że nie dam rady, cos tam zle zrobiłam... musiałam te wkręcone śruby wykręcać z powrotem. W końcu komoda stanęła z działającymi szufladami i wygląda tak prosto, tak niewinnie, małpa jedna :)
Sobotę spędziłam na wędrówce z Pttkiem, dawno mnie tam nie było, mróz, wiatr, trochę śnieżyło, oczy mi bardzo łzawią od mrozów, ale jaka to wielka przyjemność wrócić po kilkunasto kilometrowym marszu do domu zaszyć się z ksiązką w ciepłym kącie i słodkościami na talerzu ...
Kartkę dostałam w piątek, świąteczną, kocham pocztę :)


Brawo, podziwiam wytrwałość i samozaparcie! O kondycji i sile nie wspomnę, ja na paczce 40 kg to chyba tylko usiąść bym mogła, a na czwarte piętro to sama ledwo wchodzę...
OdpowiedzUsuńDziękuję, aczkolwiek i ja sama nie podejrzewałam się o podobną zdolność. Przyznaję, liczyłam na pomoc, czasami kiedy dygam na górę, powiedzmy 2 kg ziemniaków, któryś z sąsiadów oferuje pomocną dloń. I tak to w oczekiwaniu na silne męskie ramię, jak na jeden stopień dałam radę, to spróbuję na drugi...Żaden się nie pokazał przez ten czas.
UsuńLedwo, ale wchodzisz, fakt czasami samo wejście bywa wyzwaniem.