niedziela, 15 lutego 2026

3:30

 Budzę się i  przez chwilę przytrzymuję zamknięte powieki w nadziei, że może uda się jeszcze na moment odpłynąć. Ni w cholerę, telewizor pyk, komórka do ręki, kot wygrzebuje się spod koca, ziewa, przeciąga się i patrzy na mnie z nadzieją, pacam go w głowę, nawet sobie nie myśl, że o tej porze będę cię karmić, kocisko zwija się z powrotem w kłębek, mogę założyć się, że rozumie mnie doskonale. Nie, nie narzekam że krótko spałam, ostatnio zupełnie niezle sypiam, czasami udaje mi się przespać nawet 7 godzin w jednym kawałku, czego nie doświadczyłam od wielu lat, wg. badań demencja z alzheimerem czeka na mnie za rogiem. I rozczarowana jestem nieco, wydawało mi się że po przespaniu całej nocy będę się czuła jak nowa, może z większą energią. Guzik tam, kiedy pół nocy nie śpię, przmyslam plan dnia, rozwiązuję problemy, a kiedy tak budzę się pózno, powiedzmy o szóstej rano czuję się nieprzygotowana do życia. O piątej kawa, idąc do kuchni, podchodzę do drzwi wejściowych, zaglądam przez wizjer, czy Maciek czeka, aha na klatce zapala się światło czyli Maciuś mnie słyszy i leci. Daję jeść wygnańcowi, Kevin już obok swojej michy z godnością czeka, czasami nie czeka, czasami wykorzystuje fakt ,ze drzwi są szeroko otwarte, prześlizguje się niepostrzeżenie i leci na dół, a ja wtedy chcąc nie chcąc lezę w piżamie z włosami na sztorc, czasami aż na parter w pogoni z kotem, prosząc w duchu cichutko, żeby nie natknąc się na żadnego z sąsiadów. Dawno temu w innym miejscu, w innym bloku mieszkała taka staruszka, która w koszuli nocnej wychodziła na klatkę schodową i w nocy straszyła mieszkańców.

Wczorajsza wędrówka średnio udana, trasa prowadzona szosami i to takimi gdzie ruch samochodowy spory, kumpela bez humoru, marudziła. Przodownik pomylił trasy i zamiast 12, mieliśmy do przejścia 16, i A w kólko narzekała, że co, że jak tak można. Koniec wędrówki w Chełmnie, mieście zakochanych, mialy być jakieś atrakcje walentynkowe, występy min. Lanberry, J.Radka, Steczkowskiej, ale ja już miałam dosyć, pożegnałam grupę i poszłam sobie na dworzec autobusowy.  Na koncercie piosenek o miłości byłam w ciągu tygodnia, chór Lutnia , trochę muzyki poważnej , trochę piosenek lat 20 zdecydowanie bardziej moje klimaty. 

Teatr ? Darowanemu koniowi nie zagląda się do żadnej części ciała, prawdaż ? Wyjście postanowiłam uczcić stosownym ubiorem, w kółko spodnie i spodnie, na koncerty też spodnie, bo w tej hali gdzie się zazwyczaj odbywają tak pizga zimnem, że raz kiedyś oddałam tylko płaszcz do szatni i był to błąd którego więcej nie powtórzyłam. Czyli kiecka, wybrałam taką z szeroką spódnicą, góra bez rękawów, nie chciałam na to żadnej marynarki tylko jakiś fajny sweter żeby z pazurem, przewaliłam swoją szafę nic, albo fason nie taki, albo kolor albo sierotka Marysia. Dzwonię do sąsiadki, jesteś w domu? Jestem, masz czas ? mam, a co ? A nic, mam sprawę, sasiadka, gwoli wyjasnienia ma garderobę trzy razy większą  od mojej. Biedna, spędziłam u niej nie wiem ile czasu, kręcąc nosem, wybrzdzając, marszcząc brwi na koniec zostawiając ją z kupą rozwalonych swetrów na fotelu :) Potem zaczął padać snieżek , coraz bardziej i bardziej i wyobraziłam sobie siebie brnącą przez zaspy w cieniutkiej sukience i czekającą potem na tramwaj, który to z powodu awarii nie przyjeżdża. Nie podobało mi się to wcale więc uznałam ,ze wracam do spodni... W teatrze bawilam się, śmiałam i klaskałam. Nie żąłowałam pójścia ani przez moment. Jednak nie była to sztuka, którą sama bym wybrała. Dowcip dla mnie zbyt przaśny, zbyt dosadny, ocierający się o granicę dobrego smaku, wolę więcej niuansów i niedopowiedzeń, ale to ja, publika im" grubiej" było tym bardziej klaskała. Piękna Lucynda, głowna postać była też najbardziej nijaka i mdła i nie wiem czy wynikało to ze scenariusza i poprowadzenia tej roli . Natomiast ciotka grała bezbłednie i zachwycająco, Lucynda śpiewała a ja patrzyłam na ciotkę, która tylko siedziała i kiwała nóżką. Interesujące dla mnie były stroje. Róznorodnośc i przegląd wielu epok, niektóre suknie nieomal przeniesione z Bridgertonów, żupany  i kontusze, jeden z panów w czerwonych kozaczkach na obcasiku i w obcisłych kwiecistych portkach z torebeczką i kapelusiku po stroje współczesne, luzne szerokie portki , bluzy a panna młoda biegała w krótkich spodenkach, podobnych do tych w których  sypiam latem. Aktorzy czasami schodzili ze sceny, wspominałam ,ze w pierwszym rzędzie siedziałyśmy na srodeczku. Jeden z aktorów mial na sobie tylko kapelusz i portki nisko na biodrach osadzone, bardzo owłosioną klatę i piękny płaski brzuszek . Tymi biodrami majtał nam przed oczyma aż doprawdy nie wiedziałam gdzie mam te oczy skierować, Na pewno byłam cała czerwona, tak że tak, wrażenia były :)                                                          

Wiewiór jest codziennym gościem,  odkrywam orzechy a to w jednej doniczce, a to w drugiej, nawet w karmniku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

3:30

  Budzę   się i  przez chwilę przytrzymuję zamknięte powieki w nadziei, że może uda się jeszcze na moment odpłynąć. Ni w cholerę, telewizor ...