sobota, 20 czerwca 2026

Pięć dni ...

 w toalecie :) Nie wiem czy to odmiana perfidna grypy była, czy zatrułam się czymś do kompletu, ale ostatni tydzień byłam w niebycie. Jeszcze w poniedziałek pojechałam  na działkę, zbierałam truskawki i jadłam  prosto z krzaczka, urozmaicając poziomkami i może to one były przyczyną,  pózniejszych zdarzeń. Może sąsiad, który z drugiej strony siatki ma swoje warzywka, spryskał je chemią, a przy okazji i moim grządkom się oberwało, albo; obiema rękoma pracuję, jedna ręką truskawki, drugą wyrywam bardziej okazałe chwasty, może tym chwastem przez przypadek truskawkę przekąsiłam a on jakiś trujący był ? nie dojdę przyczyny. W każdym razie pierwsze dwa dni, albo ubikacja albo miska. W ogóle do dnia wczorajszego tylko z pieselem wychodziłam na nader krótkie spacery, Bari jakby rozumiał, że sytuacja jest trudna, trzy kroki i siku , pięć kroków i grubsza sprawa, parę wąchnięć i powrót do domu. Za to kocisko, bez żadnej wyrozumiałości, z dezaprobatą patrzyło na moje polegiwanie w łózku i nie ma ,że pani się skręca z bólu, tak wymiaukowywało przerózne tonacje siedząc w bezpiecznej odległości ode mnie, inaczej przecież bym go trzepła, że zwlekałam się z łoża boleści zmuszona nałożyć mu żarcie.Potem znowu sie zwlekałam bo fetor dochodzący z kociej kuwety lamany przez zapach piwonii umarłego na nogi by postawił. Najpierw myslałam ,ze wytrzymam, że za chwilę się przyzwyczaję,co mnie obchodzi smród kiedy ledwo dycham, ale nie dało rady.  Bałam się trochę, w pamięci mam całkiem świeżą historię swojej sąsiadki. Wróciła wcześniej z pracy, żołądek bardzo ją bolał, zażyte lekarstwa w niczym  nie pomagały, ból  narastał, wezwała pogotowie. Przyjechali panowie, dali zastrzyk i odjechali. Miała iśc sobie na drugi dzień do lekarza. Dzień drugi, sąsiadka nie jest w stanie się ruszyć, znowu dzwoni na 112. Znowu zastrzyk. Rodzina wzięła sprawę w swoje ręce, znajomy znajomego miał znajomego, który pracował w pogotowiu, kiedy więc trzeci raz została wezwana pomoc, tym razem wzięto ją do szpitala. Tam na dzień dobry lekarz, jak śmie zawracać mu głowę podobnymi głupstwami, tu się życie ratuje, a nie przychodzi z bolącym brzuchem.  Jednak zrobiono jej prześwietlenie i pół godziny pózniej sąsiadka była przygotowywana do operacji, coś jej tam gniło w środku.  Nie mam żadnych znajomości. Jednak kiedy trzeciego dnia mogłam trochę wody wypić bez spektakularnych efektów końcowych, wiedziałam, że wyjdę cało. Do czytania z ostatniej wizyty w bibliotece ostał mi się tylko Lód Dukaja, który nieomal dosłownie zatapia odbiorcę potokiem słów, czytając go czułam się jakbym  w malignie była, niefajna lektura na złe samopoczucie.  Wczoraj już coś zjadłam, jedna korzyść z przymusowej diety, brzuch mi się przypłaszczył. Oj nie lubię tej częsci swojego ciała, zapewne trochę przesadzam, bo jak nosiłam rozmiar 34 też mi się wydawało że mam wielkie brzuszysko. Ale faktem jest, że nigdy nie miałam brzucha jak pod linijkę. Zapewniam jednak że inne brzuchy mi nie przeszkadzają :)  Dzisiaj zdecydowałam się wyjśc z domu na dłużej, drobne zakupy, oczywiście żarcie dla kota, rzecz najważniejsza, a potem działka. Mzk czy rower, zastanawiałam się przez chwilę, ale że remontują linie tramwajowe i jeżdzi  tylko autobus i jazda zajmuje więcej czasu czyli ponad godzinę i nie daj boże siedzieć w nieklimatyzowanym autobusie, to uznałam że jednak rower, najwyżej jak mi słabo będzie, to usiądę. Raniutko, bo gorąc, podlałam pomidorki, zebrałam truskawki, nie tknęłam żadnej, absolutnie i jest ok. A jutro może jezioro, niedaleko ...             Dzisiaj fiolet w odsłonie czerwcowej.







Niebieski kolor może nie mieści się w konwencji, ale lubię te kwiatki. W ubiegłym roku jeżdżąc na cmentarz za każdym razem zwracałam uwagę na niebieskie platki wystające z trawy, kiedyś miałam ze sobą łopatkę i myślę sobie taki ładny chwast jesteś, możesz rosnąć u mnie, posadziłam na skraju rabaty przy trawie i z jednej galazki zrobiło się kilkanaście, sprawdziłam któregoś dnia obiektywem co to właściwie jest i oto proszę państwa len i kwitnie już dwa miesiące:)

niedziela, 14 czerwca 2026

Zmokła kura


Plotki poruszyły mnie chyba bardziej, niż to przyznawałam, bo kiedy w tygodniu zaczepił mnie ten gość mieszkający w bloku mamy, że w pobliskiej miejscowości jest impreza rowerowa i czy nie chciałabym pojechac z nim, zgodziłam się bez namysłu. Zaskoczona potem sama przed sobą usprawiedliwiałam się, że trzeba dać ludziom szansę i a nuż zyskam towarzystwo do rowerowych wojaży. Liczyłam, na cóż to ja liczyłam ? że facet będzie miał np. więcej ikry, kilkanaście lat młodszy. Okazało się że najstarsze klubowiczki z wędrówek, czyli lat 80 około, mają sto razy więcej ikry od owego jegomościa. Pojechaliśmy, pogoda  byle jaka, w powietrzu wisiał deszcz, pytam się P: wziąłeś coś na deszcz, och nic nie mam, i przez cała drogę; co to będzie jak zacznie padać, najpierw żartowałam, że zmokniemy, potem wyschniemy, w miarę ciepło było, dalej przeżywał, będzie padać i będzie padać. Dam ci swoją deszczówkę," nie nie", nie wyjechaliśmy jeszcze z miasta myślę, człek widocznie nie lubi bardzo jechać w deszczu, , albo ma fobię, zaproponowałam może wrócimy, jak tak obawiasz się zmoknąć, nie, nie. Dojechaliśmy, kieruję się prosto do biura zawodów, zapisać się i wziąć numery, P ciągnie mnie za ramię, wiesz nie wezmę w tym udziału bo coś tam no i deszcz będzie padał :)  To po co tu przyjechaliśmy? pytam już trochę zirytowana .Gdybym wiedziała, że przejedziemy całe 30 km, to w ogóle nie ruszyłabym się z domu. 30 km to robię kiedy jadę na działkę i z powrotem i np. robię szlak biedronkowy. Kiedy są fajne promki na kocie żarcie, a w pobliskich owadzich sklepach tylko etykiety wiszą, towaru niet, ruszam na obrzeża miasta, gdzie towar z promocji pręży się dumnie. Może tam koty nie są trzymane w domach i ich nie karmią kocim żarciem ? Wracamy, może zrobimy kóleczko tak chociaż 20 km jeszcze, proponuję, zgadnijcie co odpowiedział :)  Ok to wracamy prosto do domu, dopiero wtedy nieomal zaczęłam warczeć. Przyczepił się do mojego roweru, zaczeło się od tego ze przechodziliśnmy przez nasyp kolejowy, wysoko usypany, takie drobne kamyczki, niestabilne pod nogami . Trzeba było szybko przechodzic z rowerem  trzymanym u góry, szybko bo a nuż pociąg zza zakrętu, i stęknęłam kilka razy. Ale ty słaba jesteś, zaczął kpić. Tłumaczę się że rower do lekkich nie należy. To czemu nim jezdzisz, kup sobie coś lepszego, powinnaś mieć inną kierownicę, więcej przerzutek. Do mojego roweru przywiązana jestem bardzo, więc poczułam się tak jakby mnie krytykował. Ponadto byłam na wielu imprezach rowerowych z ludzmi tak zakręconymi rowerowo, że głowa boli i posiadającymi sprzęt wartości kilkudziesięciu tysięcy, i nie mówię tu bynajmniej o elektrykach i nikt nigdy słowa mi złego nie powiedział, a ten tutaj poucza wrrr...Jestem w domu, godzina pózniej esemes z godzinami i miejscami następnych wycieczek rowerowych ! Przysięgłam sobie po ostatniej historii, że gdyby coś, to już żadnych uników, udawania, że nie rozumiem podtekstu, przeczekiwania, bo w końcu się znudzi. Od razu jasno sytuację wyjaśnć, bez względu jak malo komfortowe i niewygodne jest dla mnie samej.  Piszę coś, nie wysyłam, bo może za ostre słowa, znowu coś klecę, nie, nie tak. Odłożę, może pózniej mi coś zgrabniejszego do głowy przyjdzie. Potem sie upominam, znowu to robisz,metoda na strusia: głowa w piasek. "Jestem bardzo zajęta, nie będę miała czasu na rower". Wyślij, uff. 

Tydzień miałam trochę wolniejszy od obowiązków u mamy, planowałam działkę doprowadzić do ładu. Ha, nie byłam na niej cały ten tydzień.  Wizyty u lekarzy, odkładane w nieskończoność, kurcze wracam stamtąd zawsze taka zmęczona, jakbym tonę ziemniaków przerzuciła. Nawet  głupia wizyta z prośbą o wypisanie środka nasennego. Próbowałam przez telefon, ależ proszę panią takich tabletek nikt pani przez telefon nie wypisze. Rzadko biorę, ale czasami nie mam wyjscią, kiedy na przykład  mam kumulację i śpię dwie, trzy godziny przez kilka nocy i jestem zombie, i w tym stanie usiadłam na swoje okulary,połamane. Poszłam z nimi do jednego, drugiego optyka, którzy kręcąc głowami, nic z tego, nie da się naprawić. Proszę spojrzeć na półkę , tu ma pani podobne, 1000 zł. I już nie muszę wymyślać pretekstu do nie wyjazdu na jesienny rajd, finansowo jestem zablokowana  amen. kropka. Wizyta po receptę, liczyłam na 5 min. siedziałam z godzinę. Przyjęła mnie młodziutka rezydentka która poszła po poradę do bardziej doświadczonego lekarza. A nuż uzależniona jestem, a przecież moja ostatnia recepta na tabletki jest sprzed trzech lat. Bo raz rzadko biorę, a jak biorę dzielę na okruchy. Powinna iśc pani z tymi kłopotami do psychiatry, bo może to depresja. Możliwe, a może jednak nie, za kązdym razem jednak jakoś sama zbieram się do kupy. Na działkę pojechałam dzisiaj raniutko, trawa taka wysoka. Lapię za kosiarkę, nie muszę mieć pięknego trawnika, ale że na rabatach hulaj dusza, to trawnik trzeba uładzić. Nagle lunęło, biegusiem chowam kable, kosiarkę, kucam pod drzewem przeczekując i pielę rabatkę, nie pomna że moje ciuchy zostawione na fotelu przed domkiem zamieniają się w mokrą szmate, a w butach pływają liście. Jako że deszcz nie przestaje, decyduję na powrót i wtedy dociera do mnie mokrośc sytuacji :) Działkowy strój upaprany w zielone błocko nie nadaje się na przejazd przez miasto , więc zakładam ociekające wodą spodnie, wkładam nogi do wody, wróć do butów...     Zdjęcia; łaka przy polnej drodze, kwiatki z balkonu i pomidorki koktajlowe, za chwilę będą dojrzewać.





niedziela, 7 czerwca 2026

Peoniami lato się zaczyna



Tak obładowana wracam od pewnego czasu z działki, a dopiero w piątek dowiozłam trochę peonii do własnego wazonu. Rozdaję po drodze, znajomym i nieznajomym; kiedy ktoś się zachwyci i skomplementuje urodę kwiatów, albo jak np. jedna babeczka, spytała czy może powąchać, bo kocha ten zapach, wyciągnęłam cały pęk żeby tym zapachem mogła nasycić się dłużej. Ludzie się cieszą i to jak, jedna z osób goniła mnie( nie chciałam wziąć),próbując dać mi własnoręcznie robione mydełka, inna wcisnęła mi kawę, te próby rewanżu nieodmiennie wprawiają mnie w zakłopotanie. A peonie  kwitną tylko przez chwilę. 

Orientację zmieniłam, seksualną ! koleżanka, która wszędzie bywa i wszystkich zna poinformowała mnie, że słuchy chodzą, że ponoć jestem lesbijką.Trzymam się tylko z dziewczynami, szczególnie z jedną, a jak mnie jakas męska osoba probuje dotknać to się wzdragam, wypisz wymaluj homo :) Jednocześnie  poczułam rozbawienie i złośc, rozbawienie, wiadomo , złość, bo ktoś coś chlapnie, wiadomo kto, a inni powtarzają bezrefleksyjnie, przecież w każdej plotce jest ziarno prawdy, czyż nie? A zresztą gdybym miała skłonności do tej samej płci, to co ? Nie wolno mi ? miałoby mnie to jakoś stygmatyzować ?  Niechęc do dziada nagle stwardniała i przybrała rozmiary głazu. Dzwoni koleżanka, inna, z wędrówek, przyjdziesz w sobotę na wycieczkę ?  Chyba nie, odpowiadam będzie W, nie mam ochoty na jego towarzystwo, e tam, mówi, przecież nie ma już powodu, żeby cie zaczepiać, wyjaśniłaś sprawę wyjazdu, będziesz przez niego rezygnować z wyjścia, no weź. Poszłam, dochodzę do grupy, ktos mnie ciągnie za łokieć, odciągając w bok w celu ważnej rozmowy. Jestem niespotykanie spokojny człowiek :) dużo rzeczy trzymam w sobie, ale jeżeli pokrywka mocno zaciśnięta a ciągle dokładane jest do ognia...Kiedy znowu miał mi do powiedzenia cos waznego podczas marszu...uznałam ,ze za chwilę  nie wytrzymam, nie używam przekleństw, niezmiernie rzadko w każdym razie, ale miałam ochotę krzyczeć  ku...odpie...się!  na cały głos. Nie krzyknęlam, cicho powiedziałam prowadzącej że odłaczam się od grupy, byliśmy gdzieś w lesie, nie wiadomo gdzie, poszłam przed siebie, och, to był podmiejski las, góra parę km w każdą stronę...więc wielkie błądzenie mi nie groziło.  

Orientację jednak zmieniam w stosunku podejścia do ogrodkowania. Moją koncepcję wyboru roślin porzucam bo inaczej każdą chwilę spędzę na pieleniu, normalnie garba się dorobię, a satysfakcji z wielogodzinnego kleczenia trudno oczekiwać. Więc to co słabo, albo wymaga sporej pracy w utrzymaniu niech sobie znika, a to co się rozrasta samo z siebie niech rośnie. Np. jeżowek nie mogę utrzymać, a taki jastrun, posadziłam , jedną czy dwie sadzonki i proszę :) Że to nieomal jak chwast ?ale jaki ładny...



sobota, 30 maja 2026

Chichot

Z ostatniego,napisanego przeze mnie postu  wynika, kolokwialnie mówiąc, ze żal mi dupę ściska, bo bliżsi i dalsi znajomi wojażują sobie po świecie. A ja siedzę niczym taki kolek, doceniam i lubie oczywiscie swoje mikro wyjazdy rowerowe, ale czasami westchnie sie do czegos dalszego.  No i proszę, któregoś dnia dzwoni kumpela, mogę dać twoj telefon W.? Jakiemu W ? pytam, bo po zapisaniu się do klubu turbo rowerzystów ilośc nowych znajomych  nieznajomych ewidentnie  wzrosła, ale jak na razie nie rozpoznaję poszczególnych twarzy,kaski,okulary.  A temu...ok, daj. Nie sądzę, żeby ktoś pamiętał, więc nakreślę kontekst. Moze dwa lata temu ? dokładnie nie wiem, na wędrówkach jeden z jej uczestników próbował zagiąc na mnie parol. Łapał mnie, jak nie za szyję, to w pasie, albo próbował trzymać za rękę, kiedy się wywijałam to szedł obok i tokował. Był nachalny, namolny, natrętny, ale jako że był też jednym z organizatorów naszych wycieczek i z dużą częscią grupy, bardzo zaprzyjazniony, nie chciałam robić sobie z niego wroga. W końcu miałam dosyć i odpusciłam  na jakiś czas wędrówki. Kiedy po dłuższej przerwie pojawiłam się na zbiórce, facet zajęty był już emablowaniem innej pani, uff. Potem którejś kolejnej soboty patrzę i co widzę, babeczka z którą razem trzymałyśmy się w parze, z owym W gruchają sobie niczym gołabeczki, muskają dłońmi i tak to chcąc niechcąc ,zaprzyjazniłam się z nim trochę. Nie wiem czy wspominałam ale jako kolega był w porządku, można się było z nim pośmiać i powygłupiać, niegłupio gadał. Duże oczy,ładny uśmiech, szopa włosów, wysoki, czyli zupełnie przyzwoita prezencja. Na ostatnich wędrówkach jednak zwrot akcji, kumpela i W skutecznie udawali, że się nie znają. próbowałam dociec o co chodzi, ąle żadne z nich nie pusciło pary z ust.  Wracamy do czwartku, jako że częśc grupy wędrówkowej wyjechała własnie do Szwecji, byłam przekonana, żę dzwoni pytając czy będę w sobotę. I słyszę: zaplanował wyjazd, opłacił a osoba z którą planował jechać go wyrolowała i chciałby mnie prosić o dotrzymanie mu towarzystwa :) Bez namysłu odpowiedziałam nie, gdziekolwiek, z kimkolwiek jadę zawsze płacę za siebie a wiadomo jak u mnie teraz  z finansami. Opowiada o wyjezdzie, fajna miejscówka, nigdy nie byłam, duzo aktywności. Slucham i jeden głosik w głowie: jaka ty głupia jesteś, kawałek świata mogłabyś zobaczyć, mogłabyś raz być kobietą bez zasad, a nawet kobietą upadłą, ale potem drugi głosik właczył się do dyskusji chichocząc i seks w gratisie, po prostu full wypas, i przypomniały mi się jego lepkie dłonie... Opowiada mi o wyjezdzie i opowiada, kiedy nie reaguję, zmienia temat i mówi że w sobotę miał jechać na Warmię na jakąs imprezę ale nie wie czy pojedzie, możliwe że zostanie w miescie to spotkamy się na wędrówce i spróbuje mnie jeszcze przekonać. Oczywiście odpusciłam dzisiejsze maszerowanie, postawiłam na rower, wyszłam, zaczęlo padać. Pomyślałam, nie wiedząc czy trzymać się planu, a plan byl glownie lasami jechać, czy wracać do domu,może się przejaśni, w międzyczasie podjadę na cmentarz, sprawdzę co tam się dzieje. Ostatnio jak pojechałam podlać kwiaty zdumiałam się, zamiast bratków, były tylko dziury po bratkach, a powyrywane bratki parę metrów dalej. Może rosnące żywo kwiaty przeszkadazły jakiemuś zwolennikowi plastiku, a może ojciec, który nie lubił przecież żółtego koloru okazał w ten sposób swoją dezaprobatę. Jako że deszczyk padał i padał, równo :) odwiedziłam jeden sklep z kwiatami , drugi ,trzeci, podjechałam na rynek, truskawki po 13 zł, kupiłam a jakże i sadzonki astrów po 1,50, nie kupiłam za to chleba,miejsca nie było, sakwa zawalona badylami a reklamówkę z truskawkami nieomal w zębach trzymałam. 

Zdjęcie kosmosa dla Basi, pojedyncze sztuki jednak się pokazały. Jeszcze orliki w pastelowej odsłonie no i łubin :)







niedziela, 24 maja 2026

Ciemna masa

głąb i tłuk  będzie produkować dzisiejszy  post. Nie mam humoru i szczery zamiar wylania  żali i frustracji, ostrzegam uczciwie. Z drugiej strony to już mi się nieco ulało, wracałam z działki, rower nie w pełni sprawny, żadne wycieczki nie wchodzą w grę, zbliżam się do faceta na ścieżce rowerowej, chcąc go wyprzedzać, a ten mi przed nosem  zaczyna skręcać, sekunda pózniej oboje byśmy leżeli. Dziad krzyczy ,ze odległości nie zachowuję, normalnie bym machnęła ręką i pojechała dalej ale dzisiaj staję i też krzyczę , że jedzie się po prawęj stronie a rączki od czego ma, sygnalizuje się  manewr skrętu, on się  drze i ja się drę, głośno, ludzie stają i patrzą co za awantura :)  Zaczęło się na zajęciach komputerowych, na których siedziałam i nie rozumiałam nic, jakby ktoś po chińsku do mnie mówił, nie, wróc, rozumiałam teoretycznie każde słowo, ale nie byłam w stanie przełożyć tego na czynności wykonywane na kompie, no tłuk, prowadząca podeszła, trzeba tu i tu, a teraz dalej proszę samej, samej ? ale co?  siedziałam nie wiedząc co kliknąć i gdzie. Zadne pocieszenie, że wiele osób też miało problemy, a słowa, że w tym wieku mamy prawo nie wiedzieć to już irytują mnie do białości, problemy z rozumieniem można mieć w każdym wieku, a w naszym wieku to co ?szare komórki wyłaczają motorek, śliniaczek i ślinianka tedy ? W dniu następnym chciałam wymienić pewną zużyta częśc w rowerze, pokazano mi wcześniej jak to robić, i wyglądała zapewniam,  czynnośc na rzecz najprostszą na świecie. Po co do serwisu, kup i wymień, kupiłam i potem ślęczę nad rowerem, polużnić tę linkę czy wypiąc całkowicie, u góry czy z dołu, nie chce wyjśc po dobroci, siła probować, a jak zepsuję, 10 km będę prowadzić rower do domu? Nic nie zrobiłam, a przecież wiedząc ,ze technicznych talentów mi brak powinnam wcześniej każdy ruch kolegi sfotografować i opisać jeszcze dokładnie.  Moje towarzystwo rozjeżdża się, jedni są już w Afryce i nie, nie żaden Egipt czy inne Maroko, inni pakują się na wyjazd do Szwecji, koleżanka przysyła idylliczne zdjęcia znad morza a ja ???    Na domiar męczy i gniecie mnie fakt, że będę musiała swoim rajdowym towarzyszom dać znać ,ze  na następny rajd z nimi się nie wybieram, żeby mieli czas znależć kogoś innego. Nie wiem co  powiedzieć, prawda ,ze jest to dla mnie zbyt wyczerpujące, nie zabrzmi zbyt wiarygodnie, sama bym  nie uwierzyła, Czy to na rowerach , czy na wędrówkach gdzie jestem ? Jeżeli nie przed wszystkimi, to na pewno z przodu, zwolnij, zaczekaj, przyhamuj, słyszę najczęściej. Gna mnie jakaś energia  ale potem w domu odcina  totalnie. Ze brakuje mi kasy, tu na blogu mogę się pożalić, przy innych nie mrugnę okiem kiedy mowa o kosztach. Najprościej byłoby wymyślić jakąs chorobę, ale przesądna w tym temacie  jestem, wiadomo że gdzieś jakaś czeka na zakręcie. I nie lubię kłamać, nic dziwnego zresztą, patrzac na początek posta, kłamstwa to ponoć domena ludzi inteligentnych. Odkryłam też w pewnym momencie z przerażeniem ,ze czytanie nie sprawia mi przyjemności.  Cały czas tłukę trzeci tom Problemu Trzech ciał, jestem przy  stronie 383 i obiecałam sobie solennie, że nie przeczytam już ani kartki. Skarżyłam się jednemu bibliotekarzowi, przesympatyczny i przezabawny człowiek, nosi muszkę i kamizelkę, bez względu na porę roku, że tej pozycji po prostu nie da się czytać, a ten zdziwiony, przecież Cixin Liu zawsze pisze taką matematyczną fantastykę, nie uznałam za stosowne przyznać, że pierwszy raz w życiu sięgnęłam po chińskiego autora a o wyżej wymienionym nigdy wcześniej nie słyszałam. Jako że polecanej przez dziewczyny pozycji Gorzkiego nie było wzięłam inny tytuł tegoż autora, uznając że jeżeli jedna rzecz była dobra inne powinny też być niezgorsze no i klops, przeczytałam, ale , no właśnie ale, potem Małecki , nie dotarłam do końca, ostał mi się Horst i przy nim w końcu odżyłam i poczułam z ulgą,że jednak lubię.  Z dobrych rzeczy w BBC powtarzają Ludwiga, fantastyczny serial kryminalny, dobra muzyka, jeżeli będą powtarzać trzeci raz obejrzę z równą przyjemnością. Z dobrych rzeczy , truskawki, moje pierwsze w tym roku, o dziwo mrówek na truskawkach nie ma, zastanawiam się czy to nie gorczyca je przegoniła,która dalej rośnie sobie spokojnie pomiędzy krzaczkami. Z dobrych rzeczy orliki kwitną, w ubiegłym roku nie miałam żadnego, pierwszego ukradłam, drugiego kupiłam, kilka egzemplarzy sama wyhodowałam, podglądam następne pąki ,może będą jeszcze inne kolory.

 








niedziela, 17 maja 2026

Maryję

pojechałam zobaczyć :) Piątkowe przedpołudnie miałam wolne, siostra ostała się z mamą. Skoczyłam tedy na działkę prowadzić swoją prywatną wojnę z przyrodą. W ogródku prym nadal wiodą tulipany, część przekwitła wprawdzie, ale sporo jeszcze stoi niczym żołnierzyki na warcie, są też plamy kolprów w postaci floksów i żagwin bodajże, a także niezapominajki, które się panoszą, ale rzadko je wyrywam bo ten niebiesciutki kolor cieszy oczy i bylina która jak niezapominajka wygląda, ale zdecydowanie nią nie jest.                                                                 


Długo nie zabawiłam bo deszcz zaczął padać, upragniony wreszcie, nie padało przez wiele, wiele tygodni i był to deszczyk idealny, nie ulewa, która spływa po wyschniętej ziemi tylko taki kapuśniaczek zmiekczając glebę i nawadniając jednocześnie. Ze deszcz, że na rowerze, nie szkodzi, odwiedziłam w drodze do domu kilka center ogrodniczych, masa kwiatów, przepięknych, lubię łazić i podziwiać. Z obi wyniosłam tzw. strokrotki afrykańske, przecenione z 10 na dwa, zawsze dają się odratować, z tym, że na balkonie kwitną, kwitną a potem marnieją, wsadzone do gruntu, po kwitnieniu, trochę odpoczywają a potem znowu lśnią kwiatami aż do samych przymrozków. W innym centrum złapałam czubatki, niedrogo, tym razem na balkon, wdzięczne kwiatki znoszące moją południową wystawę i kwitnące bez przerwy do jesieni. 
   

               


 Jestem w stanie oprzeć się wielu rzeczom, kwiatowym okazjom nigdy :)   Wyczytałam w necie że największa Maryja w Polsce ma zostać ukończona w sierpniu, ciekawośc mną miotnęła, aż tak daleko nie jest, pojadę zobaczyć. Przez moment zastanawiałam się czy nie dąc znaku, temu gostkowi, że się wybieram, ale potem myślę sobie,kobieto, naprawdę  chcesz nawiązywać jakiś kontakt z człowiekiem który focha stroi, na twoje nie mogę, niepokoją mnie osoby których reakcje są nieproporcjonalne w stosunku do sytuacji. Sobota była piękna, leciutki wiaterek, rzepak kwitnący. Dojechałam,niestety podziwiać jeszcze nie było czego, zapewne się tam jeszcze wybiorę. Powrotną drogę wybrałam inną, więc ustawiłam nawigację, mapy cz. przejeżdżając przez małe miasteczko skuszona słodkim zapachem zatrzymałam się przy cukierni, ciastko owszem było smaczne ale kawa ohydztwo, wyrzucone pieniadze, cały kubek zostawiłam nie mogąc znieśc paskudztwa, a przecież nie jestem wielką smakoszką, w domu pijam rozpuszczalną, która jest taka se, ale wszyscy moi znajomi mają expresy, wypasione więc znam smak dobrej kawy. Jadę i jadę ,a km na liczniku nie ubywa, przełaczam na inną nawigację, czyli google maps, które miewa fantazję, ale pokazuje zazwyczaj  mniej kilometrów. Każe mi zjechać na polną drogę, o myślę sobie jakiś skrót, jadę, kwitnący rzepak z jednej strony, kwitnący rzepak z drugiej strony, ptaszki świergolą, bajka, po kilku kilometrach zatrzymuję się przed jakimś budynkiem, nawigacja mi każe jechać prosto :) Zawracam, wcześniej było jakieś rozwidlenie i znowu stoję przed czyimś płotem, psy szczekają jak wsciekłe, wychodzi żywy człowiek, pytam się niczym idiotka czy jest tu jakaś droga, chociaż jak gołym okiem sięgnąc tylko pola widać. Facet popatrzył, pomyślał, przepuszczę panią, otworzył mi bramę, przeprowadził przez podwórko, obszczekiwały mnie trzy sztuki psa, otworzył następną bramkę, jak dojedzie pani do asfaltowej drogi , proszę skręcić w lewo, dojeżdżam do asfaltówki, nawigacja skrzeczy skręc w prawo, skręc w prawo, a ty małpo, mysłe, zamilcz i wyłaczyłam paskudę, zresztą byłam już w okolicach które mniej więcej kojarzyłam. A dzisiaj rano działka ciut, ciut, potem prace porządkowe na balkonie i koleżanka z porządną kawą :)




niedziela, 10 maja 2026

Siala baba mak...

Wiedzę o ogródkowaniu czerpię z netu, bo jakżeby inaczej. I jak to w internetach, niektóre rady są pożyteczne, niektóre bzdurne, a najczęściej dwa w jednym. Jadę więc metodą prób i błędów. Krzaczki truskawek mi przez zimę zmarniały i wyglądały jakby tylko do zaorania im przyszło, zostało trochę miedzianu po drzewkach i o dziwo, oprysk zadziałał. Dostały nowych listków, urosły, a teraz kwitną. Szukając w necie wiadomości na temat chorób natknęłam się info ,ze posypanie gorczycą zapobiega czemuś tam. W tekście była mowa o mielonej gorczycy, ale takowej nigdzie nie było, to kupiłam przyprawę w ziarenkach i obficie podsypałam grządki. I któregoś dnia patrzę a moje całkiem niedawno jeszcze wypielone rzędy truskawek naraz zarosły zielonym badziewiem. Głosno  lamentowalam do sąsiadki, że na te chwasty to już siły nie mam,jednego dnia jest czysto, trzy dni póznej, prawie truskawek nie widać, sąsiadka zaciekawiona przyszła zobaczyć co to u mnie się dzieje i patrzy i mówi, gorczyca ci  rośnie, siać musiałaś, zaperzyłam się, nic nie siałam, a w zyciu w truskawkach ? podsypałam tylko przyprawą :) 

Kiedy chodzę do mamy natykam się na pewnego gostka, ja z pieskiem, on z pieskiem, ja dygam rower do windy, on swój z windy wyprowadza. Zawsze w przelocie zamieniamy kilka słów. Parę dni temu opowiadałam mu o jednej trasie rowerowej, on na to, że nigdy tamtędy nie jechał i może byśmy się tam kiedyś razem wybrali. Czemu nie, kiedyś możemy. Poprosił o numer telefonu. Dla mnie kiedyś to może w przyszłym miesiącu, albo na jesieni, po powrocie do domu doczytałam się kilku esemesów, w odpowiedzi miałam pilnie potwierdzić wyjazd w sobotę, albo dzisiaj. Odpisałam, że na razie nie mam czasu, to się człek obraził, a mnie deczko głupio. I naprawdę czasu nie mam. Pies, mama, jej wizyty u lekarza, do tej cholernej biblioteki często jezdzimy, bo mama na okrągło siedzi i czyta. Działka, która wymaga,moje zajęcia edukacyjne, w czwartki jeżdzę z uniwersytetem, zaczęlam z nimi jezdzić  tak a propos treningów prze rajdem. Są drobne niuanse w jeżdżeniu w pojedynkę a jeżdżeniu w sporej grupie. Moja eks przyjaciólka np. dobrze radziła sobie na polnej drodze, albo szerokim, leśnym trakcie, ale w mieście, klękajcie narody. Każdy słupek stał jej złosliwie na drodze, każdy spotkany rowerzysta wróg. Uważaj trochę prosiłam, "ja, ja mam uważać, niech oni uważają!" burzyła się, z delikatności nie wypominałam jej, że słupkowi trudno uważać. Z drugiej strony te mikrokolizje nie zawsze mogły być jej winą. E miała bowiem cyc, słusznych rozmiarów i pogląd, że w czasie wolnym od pracy, cyc należy uwolnić z okowów. W domu czy w ogródku, jak jej to  pasowało to czemu nie, ale na rowerze.. scieżki rowerowe w owym czasie rzadkie były niczym jednorożce, jeżdziło się po krzywych płytach chodnikowych, czyli ciągle podskakiwało, do tego kusy podkoszulek, tak że czasami ten i ow mogł się zapatrzeć. 

Ta mała menda zapchlona nie daje mi dzisiaj żyć, chodzi i miauczy, dosłownie bez przerwy. Wyjątkowo sobotnia wędrówka była dzis, niedzielny poranek, odjazd autobusem o ósmej rano,ubrałam się nieco za ciepło,spociłam podczas marszu, jak wróciłam to padłam i mysłałam,może maleńka drzemka, spałam dzisiejszej nocy może nie tragicznie, bo prawie 5 godzin, (melatonina nie dla mnie, schowałam opakowanie głeboko, po jej użyciu, po obudzeniu myslałam że łeb mi eksploduje, dopiero druga tabletka przeciwbólowa przywróciła mi życie ) I prawie prawie przysypiałam jak kocisko właczyło swoje glosniki. Nie mogę go karmić na żadanie, bo potem ma biegunki i choruje i czasami na odmowę reaguje w miarę spokojnie a czasmi jak dzisiaj miauczy, miauczy i miauczy, ratunku !



 


Pięć dni ...

  w toalecie :) Nie wiem czy to odmiana perfidna grypy była, czy zatrułam się czymś do kompletu, ale ostatni tydzień byłam w niebycie. Jeszc...