niedziela, 12 lipca 2026

Psuj

Jestem na whatsappowej grupie rowerowej. I tam panowie, w większości, mało pochlebnie wyrażają się o użytkownikach rowerów, którzy nie robią, nie umieją przy swoim sprzęcie zrobić nic, epitety okreslające owych uczestników padają rozmaite. Najpierw nie brałam tego do siebie, bo są tacy którzy np, po powrocie czyszczą opony roweru szczoteczką, jedna z babek kąpie swój rower w wannie, a ja coż, dwa razy w roku rower do serwisu, a kiedy jeszcze miałam przywiezioną z holandii taką sporawą butlę aerozolu, którą kiedy kupowałam, tłumacząc zaledwie  dwa pierwsze holenderskie słowa ; czyści i konserwuje,psikałam od czasu do czasu na łańcuch i już. Tak się kulałam o dziwo bezawaryjnie. Jednak kropla drązy skałę. Uznałam w końcu ,ze czas się poprawić. Zakupiłam  rózne szczotki i preparaty i któregoś deszczowego poranka wybrałam się z owym sprzętem w pobliżu śmietnikowej wiaty, gdyby nagle lunęło mocniej. W teorii wiedziałam, oczyścić z grubszego brudu, popsikać preparatem czyszczącym, osuszyć, wcisnąc kroplę smaru w każde ogniwo, pokręcić, wytrzeć , bułka z masłem, czyż nie ? Mojej pracy przyglądali się , i czasami komentowali gospodarze w liczbie trzech z okolicznych bloków. Zrobiłam; drugiego dnia jadę rowerem, a tam coś hałasuje, trzeszczy, bardzo niekomfortowe uczucie .. Mam w pobliżu takiego guru rowerowego, ale wiem, chłopak zarobiony zawodowo, domowo z kłopotami zdrowotnymi, głupio prosić o pomoc. Zaprzyjazniony serwis odpada, straciłam zaufanie, kiedy ostatnio wydali mi rower bez zrobionych hamulców, i wiem  każdy może coś przeoczyć, ale też za każdym razem po pracy tego serwisu, ktoś znający się na rzeczy musiał coś poprawiać. Dzwonię do guru i pytam w nadziei ,ze telefonicznie da się ogarnąc temat. Nie dało.W trawie pod blokiem mój rower został oczyszczony ponownie i nawet umyty do błysku, tylko jakaś srubka zgubiła się w trawie i pół godziny spędziłam klęcząc i macając podłoże, nie znalazłam, na drugi dzień znowu podjęchałam licząc ,ze może coś zabłysnie i znowu macanko, dziwne to wyglądało, ale cóż :) 


Potem w związku z pogodą niesprzyjającą wychodzeniu wzięłam się za psucie czegoż tu...a  spodni. Mam cała szafę kiecek i spódnic, mój dawny ubiór pracowy, na rowerze jednak  niewygodnie jezdzi się w kieckach, aczkolwiek można, tyle ,ze kiecka nie może być zbyt długa, ani za krótka, ani zbyt dopasowana, ani zbyt obfita, ani za lekka...więc jednak spodnie. Nie lubię krótkich spodenek, ani zwykłych , ani rowerowych, najlepiej mi pasują  do kolan, za kolano. Takich mam całe 2 sztuki dwie, wyobrazcie sobie przechodzenie lata w dwóch parach spodni, coś okropnego. Wymysliłam ,że potnę  długie, w których raczej nie chodzę. Na pierwszy ogień poszły takie typowo outdorowe, które zle leżały i bodaj raz je miałam na sobie. Obcięłam, obrębiłam, namęczyłam się, pokłułam paluchy bo materiał specyficzny, cięzko było wbić igłę, przymierzam, patrzę na siebie w lustro i myślę, ale ty głupia jestes, zle leżały długie, to krótkie leża tak samo zle albo i gorzej, zdecydowanie nosić ich nie bedę. Przyszła kolej na czarne szerokie, które na pupie i owszem, ale długość miały nieszczególną ni to 3/4 ni to nie wiadomo co, , wymyslłam że sciągnę je na dole, ala takie szarawary, gdzieś podobne widziałam, narobiłam zakładek, przymierzam, nie ta długość, za mało przycięłam, ale co gorsza są to spodnie wymagające prasowania, każdą zakładkę trzeba by porządnie przeprasować przed kazdym załozeniem,  spędzać godzinę na prasowaniu ? W życiu ! Odłożyłam na poprzednie. Jeansy, te w sumie ok, ale za gruby materiał i już wiem ,ze raczej nie będę ich zakładać. Mam jeszcze dwóch kandydatów do przycięcia... :) Wiem prościej byłoby kupić, nawet oglądałam, lecz takie które mi się podobają około 200, za tę sumę wolałabym kupić jednak np. podkaszarkę, sa miejsca na działce, gdzie kosiarką nie wjadę, lecę więc nożyczkami, co zajmuje masę czasu i kaleczy dłonie.  Odnośnie działki: pierwszy pomidorek oko cieszy. Dzisiejszego ranka pojechałam nad jezioro, taka dalsza wycieczka, rower sprawdzić, czy wszystko ok, w razie czego stamtąd blisko do pociągu . Woda zimna jak cholera, normalnie jakbym do zamrażarki wchodziła, za to ludzia żadnego :) Popływałam i zmarzłam, jednak w obliczu minionych temperatur wolę  marznąć.



niedziela, 5 lipca 2026

Byc emerytem


 Postój na wycieczce, jeden z rowerzystów prosi koleżankę aby zrobiła mu parę zdjęc, ma nowe bardzo kolorowe okulary przynależne do kasku, przybiera różne pozy podczas pstrykania,a to noga na rower,a to wygina się opierając o kierownicę. Potem z zainteresowaniem przegląda zdjęcia. Stoję tuż obok i słyszę: ale zajebisty jestem, co za gość ze mnie ! Najlpierw myślałam że ironizuje, już otwierałam usta żeby rzucić dowcipem, ale widzę że człek jest jak najbardziej poważny i to co widzi w komórce zachwyca go,więc w końcu się nie odzywam , nie znam go , nie będę psuła mu afirmacji i zachwytu nad samym sobą. Mnie osobiście on się  nie podoba. Ba dalej, męskiej części nie rozróżnam  w takich samych kaskach, w podobnych koszulkach. Jechałam ostatnio na zbiórkę w wielkim pośpiechu, pies od ostatnich upałow przestał współpracować, wychodzi, siknie i koniec, nie ma siły,żeby go ruszyć z powrotem, jak mam czas to pół biedy, ale kiedy go nie mam...Tego dnia,kiedy wybierałam się na wycieczkę na domiar złego zepsuła się winda. Normalnie nie byłoby problemu, odpuściłabym i tyle, ale obiecałam, ba przyrzekłam koleżance, że będę. Wycieczka była nad jezioro, a nikt z grupy nie kąpie się, koleżanka do pływania potrzebuje towarzystwa, każdy ma jakiegoś bzika :) Na dół Bari jakoś zszedł, do góry; utknął na pierwszym schodku i koniec. Mama mieszka na piątym piętrze. Proszę, błagam, ciągnę, psisko ani drgnie, wykładam smakołyki na schodkach, odwraca głowę. Sytuacja patowa, zaczęłam go suwać (waga blisko 60 kg.), przekładać łapy. Najpierw znosił to ze stoickim spokojem, w końcu jednak wnerwił się nie na żarty i próbował mnie ugryżc, wkurzenie go jednak poskutkowało bo   podniósł się w koncu i jakoś doszliśmy na to piąte piętro. Do czego zmierzam, spózniona mocno, nie mysląc za bardzo i kręcąc pedałami jak szalona pomyliłam miejsce zbiórki, po drodze minełam machających do mnie kolegów, no widziałam ,że ktoś macha, ale co mnie obchodzą krzyczący do mnie obcy faceci :) Grupa jest mocno zintegrowana i wspierająca, co budzi we mnie  mieszane uczucia, jednocześnie rozumiem i się wkurzam. W te dni kiedy temperatura oscylowała wokół 40 stopni jechaliśmy nad jezioro, nie chciałam, koleżanka uprosiła. Jeden z panów ewidentnie zle się czuł, nie nadążał, a na elektryku jechał, przewrócił się dwa razy, krew się lała, poklepywano go po ramieniu, Bolek dasz radę, zamiast kazać mu wracać do domu. Innym razem jechała z nami pani, rekonwalescentka po poważnej operacji, żeby jej nie męczyć tempo było 5 km/h, pani po wjechaniu na lesne drogi zdecydowała ,ze jednak wróci, do miasta pojechały ją odwieżć dwie osoby, na które potem musiałyśmy czekać. Jako że koleżanka przedstawiła mnie jako super hiper wspaniałą osobę, którą oczywiście nie jestem, staram się okazywać wyrozumiałość i cierpliwość, ale te wspólne jazdy nie wydają mi się wcale fajną opcją. Z drugiej strony sobotnie wędrówki na razie odpuściłam, z wiadomych powodów, więc jednak przebywanie od czasu do czasu w większej grupie ludzi byłoby wskazane.  Minione upały, koszmar, na zewnątrz jeszcze funkcjonowałam, ale w mieszkaniu, stojące nagrzane powietrze powodowało ,ze dosłownie sie dusiłam, mimo zalecenia zamykania okien, swoje od czasu do czasu otwierałam, nie mogłam oddychać. Kwiaty na balkonie  popaliło, tylko pelargonie , wytrzymały prawie bez uszczerbku. Biedne zwierzaki, kot zaczął gubić sierśc w ilościach nie do opanowania. Taki paskudnik, balkon w nocy szeroko otwarty wiadomo, okno przy którym spię zamknięte, wiewory przychodzą i popijają z poidełka dla ptaków, widziałam je śmigające po parapecie, a nuż którejś pomyliłyby się kierunki i zamiast na balustradę skoczyłaby na kanapę ? I kocisko przebrzydłe na balkon wychodzi przez drzwi , ale wracać chce przez to okno, które jest zamknięte. W nocy śnię jakieś kocie nieszczęście, rozpaczliwe miauczenie, w końcu się budzę a to całkowicie realny kot stoi po drugiej stronie okna na dwóch łapach a dwoma wali z całej siły w szybę miaucząc przy tym przerazliwie . Bari najszczęsliwszy pod czas upałow był nad wodą. Kiedy dysponowałam samochodem gramolił się na tylne siedzenie i jechaliśmy. Teraz najpierw na przystanek, potem autobusem na dworzec, potem pociąg, a od pociągu spory przecież kawałek nad jezioro,duży wysiłek dla piesa podczas  upałów. Podczas ostatniego wyjazdu pociąg stanął w polu , trwało to ponad dwie godziny, bez klimatyzacji, biedne psisko.







niedziela, 28 czerwca 2026

Wybaczcie

 Moi mili, nie chcę się skarżyć ani narzekać, bo człek w życiu gorszych rzeczy doświadczył, ale czwarte, ostatnie piętro i okna na południowej stronie powodują że czuję się jak jajko na twardo, ugotowana na amen. A jako głupia cipa, bo zamiast przewidzieć i kupić , a potem okleić okna srebrnymi kocami , uznałam, że jakoś to będzie....😭

sobota, 20 czerwca 2026

Pięć dni ...

 w toalecie :) Nie wiem czy to odmiana perfidna grypy była, czy zatrułam się czymś do kompletu, ale ostatni tydzień byłam w niebycie. Jeszcze w poniedziałek pojechałam  na działkę, zbierałam truskawki i jadłam  prosto z krzaczka, urozmaicając poziomkami i może to one były przyczyną,  pózniejszych zdarzeń. Może sąsiad, który z drugiej strony siatki ma swoje warzywka, spryskał je chemią, a przy okazji i moim grządkom się oberwało, albo; obiema rękoma pracuję, jedna ręką truskawki, drugą wyrywam bardziej okazałe chwasty, może tym chwastem przez przypadek truskawkę przekąsiłam a on jakiś trujący był ? nie dojdę przyczyny. W każdym razie pierwsze dwa dni, albo ubikacja albo miska. W ogóle do dnia wczorajszego tylko z pieselem wychodziłam na nader krótkie spacery, Bari jakby rozumiał, że sytuacja jest trudna, trzy kroki i siku , pięć kroków i grubsza sprawa, parę wąchnięć i powrót do domu. Za to kocisko, bez żadnej wyrozumiałości, z dezaprobatą patrzyło na moje polegiwanie w łózku i nie ma ,że pani się skręca z bólu, tak wymiaukowywało przerózne tonacje siedząc w bezpiecznej odległości ode mnie, inaczej przecież bym go trzepła, że zwlekałam się z łoża boleści zmuszona nałożyć mu żarcie.Potem znowu sie zwlekałam bo fetor dochodzący z kociej kuwety lamany przez zapach piwonii umarłego na nogi by postawił. Najpierw myslałam ,ze wytrzymam, że za chwilę się przyzwyczaję,co mnie obchodzi smród kiedy ledwo dycham, ale nie dało rady.  Bałam się trochę, w pamięci mam całkiem świeżą historię swojej sąsiadki. Wróciła wcześniej z pracy, żołądek bardzo ją bolał, zażyte lekarstwa w niczym  nie pomagały, ból  narastał, wezwała pogotowie. Przyjechali panowie, dali zastrzyk i odjechali. Miała iśc sobie na drugi dzień do lekarza. Dzień drugi, sąsiadka nie jest w stanie się ruszyć, znowu dzwoni na 112. Znowu zastrzyk. Rodzina wzięła sprawę w swoje ręce, znajomy znajomego miał znajomego, który pracował w pogotowiu, kiedy więc trzeci raz została wezwana pomoc, tym razem wzięto ją do szpitala. Tam na dzień dobry lekarz, jak śmie zawracać mu głowę podobnymi głupstwami, tu się życie ratuje, a nie przychodzi z bolącym brzuchem.  Jednak zrobiono jej prześwietlenie i pół godziny pózniej sąsiadka była przygotowywana do operacji, coś jej tam gniło w środku.  Nie mam żadnych znajomości. Jednak kiedy trzeciego dnia mogłam trochę wody wypić bez spektakularnych efektów końcowych, wiedziałam, że wyjdę cało. Do czytania z ostatniej wizyty w bibliotece ostał mi się tylko Lód Dukaja, który nieomal dosłownie zatapia odbiorcę potokiem słów, czytając go czułam się jakbym  w malignie była, niefajna lektura na złe samopoczucie.  Wczoraj już coś zjadłam, jedna korzyść z przymusowej diety, brzuch mi się przypłaszczył. Oj nie lubię tej częsci swojego ciała, zapewne trochę przesadzam, bo jak nosiłam rozmiar 34 też mi się wydawało że mam wielkie brzuszysko. Ale faktem jest, że nigdy nie miałam brzucha jak pod linijkę. Zapewniam jednak że inne brzuchy mi nie przeszkadzają :)  Dzisiaj zdecydowałam się wyjśc z domu na dłużej, drobne zakupy, oczywiście żarcie dla kota, rzecz najważniejsza, a potem działka. Mzk czy rower, zastanawiałam się przez chwilę, ale że remontują linie tramwajowe i jeżdzi  tylko autobus i jazda zajmuje więcej czasu czyli ponad godzinę i nie daj boże siedzieć w nieklimatyzowanym autobusie, to uznałam że jednak rower, najwyżej jak mi słabo będzie, to usiądę. Raniutko, bo gorąc, podlałam pomidorki, zebrałam truskawki, nie tknęłam żadnej, absolutnie i jest ok. A jutro może jezioro, niedaleko ...             Dzisiaj fiolet w odsłonie czerwcowej.







Niebieski kolor może nie mieści się w konwencji, ale lubię te kwiatki. W ubiegłym roku jeżdżąc na cmentarz za każdym razem zwracałam uwagę na niebieskie platki wystające z trawy, kiedyś miałam ze sobą łopatkę i myślę sobie taki ładny chwast jesteś, możesz rosnąć u mnie, posadziłam na skraju rabaty przy trawie i z jednej galazki zrobiło się kilkanaście, sprawdziłam któregoś dnia obiektywem co to właściwie jest i oto proszę państwa len i kwitnie już dwa miesiące:)

niedziela, 14 czerwca 2026

Zmokła kura


Plotki poruszyły mnie chyba bardziej, niż to przyznawałam, bo kiedy w tygodniu zaczepił mnie ten gość mieszkający w bloku mamy, że w pobliskiej miejscowości jest impreza rowerowa i czy nie chciałabym pojechac z nim, zgodziłam się bez namysłu. Zaskoczona potem sama przed sobą usprawiedliwiałam się, że trzeba dać ludziom szansę i a nuż zyskam towarzystwo do rowerowych wojaży. Liczyłam, na cóż to ja liczyłam ? że facet będzie miał np. więcej ikry, kilkanaście lat młodszy. Okazało się że najstarsze klubowiczki z wędrówek, czyli lat 80 około, mają sto razy więcej ikry od owego jegomościa. Pojechaliśmy, pogoda  byle jaka, w powietrzu wisiał deszcz, pytam się P: wziąłeś coś na deszcz, och nic nie mam, i przez cała drogę; co to będzie jak zacznie padać, najpierw żartowałam, że zmokniemy, potem wyschniemy, w miarę ciepło było, dalej przeżywał, będzie padać i będzie padać. Dam ci swoją deszczówkę," nie nie", nie wyjechaliśmy jeszcze z miasta myślę, człek widocznie nie lubi bardzo jechać w deszczu, , albo ma fobię, zaproponowałam może wrócimy, jak tak obawiasz się zmoknąć, nie, nie. Dojechaliśmy, kieruję się prosto do biura zawodów, zapisać się i wziąć numery, P ciągnie mnie za ramię, wiesz nie wezmę w tym udziału bo coś tam no i deszcz będzie padał :)  To po co tu przyjechaliśmy? pytam już trochę zirytowana .Gdybym wiedziała, że przejedziemy całe 30 km, to w ogóle nie ruszyłabym się z domu. 30 km to robię kiedy jadę na działkę i z powrotem i np. robię szlak biedronkowy. Kiedy są fajne promki na kocie żarcie, a w pobliskich owadzich sklepach tylko etykiety wiszą, towaru niet, ruszam na obrzeża miasta, gdzie towar z promocji pręży się dumnie. Może tam koty nie są trzymane w domach i ich nie karmią kocim żarciem ? Wracamy, może zrobimy kóleczko tak chociaż 20 km jeszcze, proponuję, zgadnijcie co odpowiedział :)  Ok to wracamy prosto do domu, dopiero wtedy nieomal zaczęłam warczeć. Przyczepił się do mojego roweru, zaczeło się od tego ze przechodziliśnmy przez nasyp kolejowy, wysoko usypany, takie drobne kamyczki, niestabilne pod nogami . Trzeba było szybko przechodzic z rowerem  trzymanym u góry, szybko bo a nuż pociąg zza zakrętu, i stęknęłam kilka razy. Ale ty słaba jesteś, zaczął kpić. Tłumaczę się że rower do lekkich nie należy. To czemu nim jezdzisz, kup sobie coś lepszego, powinnaś mieć inną kierownicę, więcej przerzutek. Do mojego roweru przywiązana jestem bardzo, więc poczułam się tak jakby mnie krytykował. Ponadto byłam na wielu imprezach rowerowych z ludzmi tak zakręconymi rowerowo, że głowa boli i posiadającymi sprzęt wartości kilkudziesięciu tysięcy, i nie mówię tu bynajmniej o elektrykach i nikt nigdy słowa mi złego nie powiedział, a ten tutaj poucza wrrr...Jestem w domu, godzina pózniej esemes z godzinami i miejscami następnych wycieczek rowerowych ! Przysięgłam sobie po ostatniej historii, że gdyby coś, to już żadnych uników, udawania, że nie rozumiem podtekstu, przeczekiwania, bo w końcu się znudzi. Od razu jasno sytuację wyjaśnć, bez względu jak malo komfortowe i niewygodne jest dla mnie samej.  Piszę coś, nie wysyłam, bo może za ostre słowa, znowu coś klecę, nie, nie tak. Odłożę, może pózniej mi coś zgrabniejszego do głowy przyjdzie. Potem sie upominam, znowu to robisz,metoda na strusia: głowa w piasek. "Jestem bardzo zajęta, nie będę miała czasu na rower". Wyślij, uff. 

Tydzień miałam trochę wolniejszy od obowiązków u mamy, planowałam działkę doprowadzić do ładu. Ha, nie byłam na niej cały ten tydzień.  Wizyty u lekarzy, odkładane w nieskończoność, kurcze wracam stamtąd zawsze taka zmęczona, jakbym tonę ziemniaków przerzuciła. Nawet  głupia wizyta z prośbą o wypisanie środka nasennego. Próbowałam przez telefon, ależ proszę panią takich tabletek nikt pani przez telefon nie wypisze. Rzadko biorę, ale czasami nie mam wyjscią, kiedy na przykład  mam kumulację i śpię dwie, trzy godziny przez kilka nocy i jestem zombie, i w tym stanie usiadłam na swoje okulary,połamane. Poszłam z nimi do jednego, drugiego optyka, którzy kręcąc głowami, nic z tego, nie da się naprawić. Proszę spojrzeć na półkę , tu ma pani podobne, 1000 zł. I już nie muszę wymyślać pretekstu do nie wyjazdu na jesienny rajd, finansowo jestem zablokowana  amen. kropka. Wizyta po receptę, liczyłam na 5 min. siedziałam z godzinę. Przyjęła mnie młodziutka rezydentka która poszła po poradę do bardziej doświadczonego lekarza. A nuż uzależniona jestem, a przecież moja ostatnia recepta na tabletki jest sprzed trzech lat. Bo raz rzadko biorę, a jak biorę dzielę na okruchy. Powinna iśc pani z tymi kłopotami do psychiatry, bo może to depresja. Możliwe, a może jednak nie, za kązdym razem jednak jakoś sama zbieram się do kupy. Na działkę pojechałam dzisiaj raniutko, trawa taka wysoka. Lapię za kosiarkę, nie muszę mieć pięknego trawnika, ale że na rabatach hulaj dusza, to trawnik trzeba uładzić. Nagle lunęło, biegusiem chowam kable, kosiarkę, kucam pod drzewem przeczekując i pielę rabatkę, nie pomna że moje ciuchy zostawione na fotelu przed domkiem zamieniają się w mokrą szmate, a w butach pływają liście. Jako że deszcz nie przestaje, decyduję na powrót i wtedy dociera do mnie mokrośc sytuacji :) Działkowy strój upaprany w zielone błocko nie nadaje się na przejazd przez miasto , więc zakładam ociekające wodą spodnie, wkładam nogi do wody, wróć do butów...     Zdjęcia; łaka przy polnej drodze, kwiatki z balkonu i pomidorki koktajlowe, za chwilę będą dojrzewać.





niedziela, 7 czerwca 2026

Peoniami lato się zaczyna



Tak obładowana wracam od pewnego czasu z działki, a dopiero w piątek dowiozłam trochę peonii do własnego wazonu. Rozdaję po drodze, znajomym i nieznajomym; kiedy ktoś się zachwyci i skomplementuje urodę kwiatów, albo jak np. jedna babeczka, spytała czy może powąchać, bo kocha ten zapach, wyciągnęłam cały pęk żeby tym zapachem mogła nasycić się dłużej. Ludzie się cieszą i to jak, jedna z osób goniła mnie( nie chciałam wziąć),próbując dać mi własnoręcznie robione mydełka, inna wcisnęła mi kawę, te próby rewanżu nieodmiennie wprawiają mnie w zakłopotanie. A peonie  kwitną tylko przez chwilę. 

Orientację zmieniłam, seksualną ! koleżanka, która wszędzie bywa i wszystkich zna poinformowała mnie, że słuchy chodzą, że ponoć jestem lesbijką.Trzymam się tylko z dziewczynami, szczególnie z jedną, a jak mnie jakas męska osoba probuje dotknać to się wzdragam, wypisz wymaluj homo :) Jednocześnie  poczułam rozbawienie i złośc, rozbawienie, wiadomo , złość, bo ktoś coś chlapnie, wiadomo kto, a inni powtarzają bezrefleksyjnie, przecież w każdej plotce jest ziarno prawdy, czyż nie? A zresztą gdybym miała skłonności do tej samej płci, to co ? Nie wolno mi ? miałoby mnie to jakoś stygmatyzować ?  Niechęc do dziada nagle stwardniała i przybrała rozmiary głazu. Dzwoni koleżanka, inna, z wędrówek, przyjdziesz w sobotę na wycieczkę ?  Chyba nie, odpowiadam będzie W, nie mam ochoty na jego towarzystwo, e tam, mówi, przecież nie ma już powodu, żeby cie zaczepiać, wyjaśniłaś sprawę wyjazdu, będziesz przez niego rezygnować z wyjścia, no weź. Poszłam, dochodzę do grupy, ktos mnie ciągnie za łokieć, odciągając w bok w celu ważnej rozmowy. Jestem niespotykanie spokojny człowiek :) dużo rzeczy trzymam w sobie, ale jeżeli pokrywka mocno zaciśnięta a ciągle dokładane jest do ognia...Kiedy znowu miał mi do powiedzenia cos waznego podczas marszu...uznałam ,ze za chwilę  nie wytrzymam, nie używam przekleństw, niezmiernie rzadko w każdym razie, ale miałam ochotę krzyczeć  ku...odpie...się!  na cały głos. Nie krzyknęlam, cicho powiedziałam prowadzącej że odłaczam się od grupy, byliśmy gdzieś w lesie, nie wiadomo gdzie, poszłam przed siebie, och, to był podmiejski las, góra parę km w każdą stronę...więc wielkie błądzenie mi nie groziło.  

Orientację jednak zmieniam w stosunku podejścia do ogrodkowania. Moją koncepcję wyboru roślin porzucam bo inaczej każdą chwilę spędzę na pieleniu, normalnie garba się dorobię, a satysfakcji z wielogodzinnego kleczenia trudno oczekiwać. Więc to co słabo, albo wymaga sporej pracy w utrzymaniu niech sobie znika, a to co się rozrasta samo z siebie niech rośnie. Np. jeżowek nie mogę utrzymać, a taki jastrun, posadziłam , jedną czy dwie sadzonki i proszę :) Że to nieomal jak chwast ?ale jaki ładny...



sobota, 30 maja 2026

Chichot

Z ostatniego,napisanego przeze mnie postu  wynika, kolokwialnie mówiąc, ze żal mi dupę ściska, bo bliżsi i dalsi znajomi wojażują sobie po świecie. A ja siedzę niczym taki kolek, doceniam i lubie oczywiscie swoje mikro wyjazdy rowerowe, ale czasami westchnie sie do czegos dalszego.  No i proszę, któregoś dnia dzwoni kumpela, mogę dać twoj telefon W.? Jakiemu W ? pytam, bo po zapisaniu się do klubu turbo rowerzystów ilośc nowych znajomych  nieznajomych ewidentnie  wzrosła, ale jak na razie nie rozpoznaję poszczególnych twarzy,kaski,okulary.  A temu...ok, daj. Nie sądzę, żeby ktoś pamiętał, więc nakreślę kontekst. Moze dwa lata temu ? dokładnie nie wiem, na wędrówkach jeden z jej uczestników próbował zagiąc na mnie parol. Łapał mnie, jak nie za szyję, to w pasie, albo próbował trzymać za rękę, kiedy się wywijałam to szedł obok i tokował. Był nachalny, namolny, natrętny, ale jako że był też jednym z organizatorów naszych wycieczek i z dużą częscią grupy, bardzo zaprzyjazniony, nie chciałam robić sobie z niego wroga. W końcu miałam dosyć i odpusciłam  na jakiś czas wędrówki. Kiedy po dłuższej przerwie pojawiłam się na zbiórce, facet zajęty był już emablowaniem innej pani, uff. Potem którejś kolejnej soboty patrzę i co widzę, babeczka z którą razem trzymałyśmy się w parze, z owym W gruchają sobie niczym gołabeczki, muskają dłońmi i tak to chcąc niechcąc ,zaprzyjazniłam się z nim trochę. Nie wiem czy wspominałam ale jako kolega był w porządku, można się było z nim pośmiać i powygłupiać, niegłupio gadał. Duże oczy,ładny uśmiech, szopa włosów, wysoki, czyli zupełnie przyzwoita prezencja. Na ostatnich wędrówkach jednak zwrot akcji, kumpela i W skutecznie udawali, że się nie znają. próbowałam dociec o co chodzi, ąle żadne z nich nie pusciło pary z ust.  Wracamy do czwartku, jako że częśc grupy wędrówkowej wyjechała własnie do Szwecji, byłam przekonana, żę dzwoni pytając czy będę w sobotę. I słyszę: zaplanował wyjazd, opłacił a osoba z którą planował jechać go wyrolowała i chciałby mnie prosić o dotrzymanie mu towarzystwa :) Bez namysłu odpowiedziałam nie, gdziekolwiek, z kimkolwiek jadę zawsze płacę za siebie a wiadomo jak u mnie teraz  z finansami. Opowiada o wyjezdzie, fajna miejscówka, nigdy nie byłam, duzo aktywności. Slucham i jeden głosik w głowie: jaka ty głupia jesteś, kawałek świata mogłabyś zobaczyć, mogłabyś raz być kobietą bez zasad, a nawet kobietą upadłą, ale potem drugi głosik właczył się do dyskusji chichocząc i seks w gratisie, po prostu full wypas, i przypomniały mi się jego lepkie dłonie... Opowiada mi o wyjezdzie i opowiada, kiedy nie reaguję, zmienia temat i mówi że w sobotę miał jechać na Warmię na jakąs imprezę ale nie wie czy pojedzie, możliwe że zostanie w miescie to spotkamy się na wędrówce i spróbuje mnie jeszcze przekonać. Oczywiście odpusciłam dzisiejsze maszerowanie, postawiłam na rower, wyszłam, zaczęlo padać. Pomyślałam, nie wiedząc czy trzymać się planu, a plan byl glownie lasami jechać, czy wracać do domu,może się przejaśni, w międzyczasie podjadę na cmentarz, sprawdzę co tam się dzieje. Ostatnio jak pojechałam podlać kwiaty zdumiałam się, zamiast bratków, były tylko dziury po bratkach, a powyrywane bratki parę metrów dalej. Może rosnące żywo kwiaty przeszkadazły jakiemuś zwolennikowi plastiku, a może ojciec, który nie lubił przecież żółtego koloru okazał w ten sposób swoją dezaprobatę. Jako że deszczyk padał i padał, równo :) odwiedziłam jeden sklep z kwiatami , drugi ,trzeci, podjechałam na rynek, truskawki po 13 zł, kupiłam a jakże i sadzonki astrów po 1,50, nie kupiłam za to chleba,miejsca nie było, sakwa zawalona badylami a reklamówkę z truskawkami nieomal w zębach trzymałam. 

Zdjęcie kosmosa dla Basi, pojedyncze sztuki jednak się pokazały. Jeszcze orliki w pastelowej odsłonie no i łubin :)







Psuj

Jestem na whatsappowej grupie rowerowej. I tam panowie, w większości, mało pochlebnie wyrażają się o użytkownikach rowerów, którzy nie robią...