poniedziałek, 27 lipca 2026

Kłamstewka

 Czyż nie pisałam kiedyś, że rzadko kłamię i że nie lubię ? Hm, każdy ma jakieś złudzenia dotyczące własnej osoby. Wczoraj rozpoczęły się zapisy na rajd, moja brać rajdowa dowiedziała się że nie jadę, esemesy, telefony, wiłam się jak piskorz. Cóż miałam powiedzieć, prawdę, że finansowo zle stoję ? Ludziom, których widuję dwa razy do roku ? A w życiu ! Nawet tych dwoje, z którymi jestem w miarę blisko raczej nie ma pojęcia, skryta jestem i nie zwierzam się z podobnych problemów. To jest w cholerę upokarzające, a ja honorowa jestem i nie przyjęłabym pomocy, pożyczki itd. Za pracą się rozglądam, w teorii w każdym razie,już nawet zaczęłam znowu rozważać sprzątanie, ale przyszły te upały, pamiętam jak się czulam doszczętnie wyczerpana, nawet na czytanie nie miałam siły, nie i nie.                                                                                            Elaborat esemesowy otrzymałam od W, w którym przeprasza mnie za niestosowną, jak do niego teraz dotarło propozycję i prosi o wybaczenie, ze nie miał nic złego na myśli, pitu, pitu. A już prawie zapomniałam o sprawie. Uznałam że odpowiem w kilku słowach niecenzuralnych, bo grzecznie to ten człowiek nie rozumie. Zawahałam się jednak wspominając koleżankę, z którą zimą się za rączkę prowadził, jego mam w niewymownej części, ale na kumpeli mi zależy, dzwonię do niej, rozmawiamy sporo, ale tematy scisle osobiste, intymne  nigdy nie były poruszane, więc wyobrażam sobie jej zdziwienie kiedy słyszy, powiedz mi czy co cię łaczy z W ?  odpowiada z wahaniem, że od dwóch miesięcy słowa z nim nie zamieniła i jej nie przeszkadza gdybym...Smieję się i mówię, że odwrotnie, chcę być bardzo nieuprzejma. Koleżanka mityguje mnie, że nie tak, że powinnam docenić, że przyznał się do błedu że faceci to wolno myslą...Parę godzin póznej dzwoni do mnie i mówi, że nie powiedziała całej prawdy.Ze z W od czasu do czasu bywają ze sobą, aż jej się znudzi, albo nawinie się ktoś ciekawszy, po jakimś czasie znowu się spotykają, mężatka :) Szczęka mi opadła, jakiś brakujący klocek wskoczył na miejsce. Nie rozumiałam wcześniej ,za chiny ludowe,  że kiedy teoretycznie interesował się mną, lekceważył nie tylko moje nie, dziękuję, nie, nie chcę ale także oczywiste sygnały pozawerbalne. Bo jeżeli ktoś się odsuwa od ciebie, wyrywa rękę, krzyżuje ramiona, zaciska usta, odpowiada lakonicznie i najkrócej jak się da, to pień by zauważył, a jemu jakby moje zachowanie wcale nie przeszkadzało. Czyli w tym czasie kiedy koleżanka miała przerwę w relacji z nim, on pokazywał jej ,ze są inne kobiety, które może obdarzyć swoją uwagą  ? Popieprzone . Przeszył mnie też zimny dreszcz, bo a nuż gdybym odwzajemniła zainteresowanie i zaangażowała się ? Zaczęłam polegać na swojej intuicji od czasów małzenskiej dramy. Wiedziałam, nie wiedziałam, czułam, że coś jest nie tak, ale mitygowałam się kładąc to na karb bujnej wyobrazni, kiedy próbowałam rozwikłać wątpliwości pytając męża, ten mnie wyśmiewał, mówiąc że za dużo czytam i od tego głupieję, a moja rodzina i koleżanki uważały że mój obecny eks jest wspaniałym , wprost cudownym meżczyzną, toteż przekonana byłam, że popadam w paranoję.  W grupie rowerowej do której należę, tez się dzieją ciekawe rzeczy.  Koleżanka, nie mająca nic wspólnego z rowerami , dzwoni któregoś dnia, wiesz jest coś dla ciebie. Wycieczka na Podlasie w całości dofinansowana a przeznaczona dla osób z niższymi dochodami. Jako że następnego dnia było spotkanie grupy rowerowej, uznałam że nie będę dzwonić, dowiem się u żródeł. Nie musiałam o nic pytać, trwała potężna awantura, okazało się że żadnych wolnych miejsc od dawna nie ma, z dotacji skorzystała raczej elita finansowa grupy, wcześniej bedąca w Szwecji, teraz ta okreslona grupa wróciła z wysp.  Rzecz była załatwiana po cichu, a że jednym z warunków dofinansowania było umieszczenie ogłoszenia to sprawa się rypła. Jako, że jeszcze nie zdążyłam przyzwyczaić się do myśli że mogłabym jechać nie czułam szczególnego rozczarowania, ale część grupy pominięta nie kryła żalu i oburzenia. Dla mnie osobiście nie fajny był fakt, że na to Podlasie pojechały osoby w ogóle nie związane z klubem, żony, przyjaciele. W rezultacie niektóre osoby zrezygnowały z uczestnictwa, niektóre planują utworzyć własny, byłam agitowana do przystąpienia do owego:) Zle się czuję w atmosferze pełnej niedomówien i wzajemnych pretensji i raczej to nie jest miejsce dla mnie, w czasie gdy elita była na wyjezdzie, a ja pojechałam z pozostałymi na miejscu ludzmi nad jeziorko, było zdziwienie będziesz się kąpać, naprawdę ? powtórzone kilka razy, potem kiedy towarzystwo usiadło przy stolikach, a ja uznałam że będę wracać, sama ? , popatrywano na mnie jakby mi róg na czele wyrósł :)     


                                                        

Jak się dobrze przypatrzeć, Maćka widać, w mieszkaniu na parterze pojawił się wilczur i kot, który poprzednio polegiwał pod klatką ,teraz zajął bardziej bezpieczne stanowisko obserwacyjne, w oczekiwaniu na przyjście bufetu, czyli autorki powyższego postu :) 

czwartek, 23 lipca 2026

No comments

 Siły nieczyste sprzysięgły się przeciwko, chyba:) Nie jestem w stanie odpowiadać na komentarze, czyściłam ciasteczka, zmieniłam ustawienia i dalej nic, narazie odpuszczam. Nawet u Frau zanim udało mi się coś u niej napisać próbowałam może z 10 razy ,u siebie za 20 poległam. Jestem przytłoczona, telewizja się spsula, łapek zawiesił, a teraz blogger, siedzę więc w krwistych kryminałach i udaję, że nic mnie to nie obchodzi🤥

poniedziałek, 20 lipca 2026

obrazki

Ciemno, wiatr siecze deszczem, a chwilami gradem z ogromną wsciekłością, mrok rozszczepiają  tylko  błyskawice i zaraz za nimi ciągną się  grzmoty, od których szyby drżą. Gdyby ktoś przypadkiem zajrzał na balkon na czwartym piętrze zobaczyłby doszczętnie przemoczoną postać w pomarańczowej, ociekającej wodą koszulce,  która podczas  krótkich przerw pomiędzy grzmotami uprawia coś w rodzaju szalonego tańca z doniczkami w rękach.    Obudziła mnie burza, zobaczyłam jak  wiatr wymachuje we wszystkie strony zawieszonymi kwiatami, i to byłby pikuś, doniczek tylko kilka wisi, ale ten grad, zgroza mnie ogarnęla na widok moich pięknych pelargoni rosnących w korytkach ,odcinanych przez grad. Korytka wiszą po drugiej stronie balustrady i pelargonie są zwisające, metra długości może nie mają, ale te 60, 70 cm. na pewno. Splątane wzajemnie ze sobą, przeplecione z balustradą, ciężkie jak cholera, nie byłam w stanie ich wysunąc z metalowych obejm, na bosaka, na posadzce, grad nawalał mi po twarzy, kiedy widziałam błyskawicę, chowałam się pokoju, bo pioruny waliły jakby prosto nade mną, po chwili, kiedy cichło   znowu na balkonie wyszarpywałam kwiaty z obręczy.. Do tego kocur, nie boi się burzy, a skądże, nie podobało mu się tylko że coś mu  sierść moczy, ale widząc mnie biegającą, uznał to za rodzaj zabawy i wraz ze mną na balkon i z balkonu, slalom pomiędzy nogami, a przecież slisko było Kiedy w końcu wszystko stało już w środku, zasnęłam bez żadnych wspomagaczy. Od pewnego czasu planuję jeden z wolnych dni przeznaczyć na Jeziorak, ale nie składa się nijak. Najpierw pieruńskie upały, potem w dni wolne deszcze, a że tam miejscami ścieżka jest przy samym jeziorze i nawet kiedy wszędzie jest sucho, tam rower grzęznie to znowu ten weekend nie był własciwym czasem. Uznałam że robię dzień gospodarczy, na balkonie wiadomo sajgon, w pokoju równie pięknie, ziemia i kawałki pourywanych kwiatków, ale najpierw trza iść po żarcie dla kotka, ma napady , zre tylko jeden rodzaj karmy, obok innych siedzi, nawet nie spojrzawszy 1. Wychodzę, spotykam po drodze siostrę z Barim, prosi, chodz ze mną kawałek, Bari cię bardziej słucha. Idziemy, rozmawiamy, pytam się jakie ma plany na dzień dzisiejszy, opowiada, słyszę Dobrzyń nad Wisła, gdzie nigdy nie byłam, a chciałam, oko mi błysło i pytam cokolwiek niepewnie czy mogłabym pojechać z nimi ? Niepewnie, bo odkąd odpuściłam okazywanie urazy, historia ze spadkiem i nieuczciwe zagrania, relacje między nami się poprawiły, aczkolwiek to dalej delikatna kwestia.  Pewnie, że możesz jechać, ale za 35 min mamy pociąg. Zrobiłam w tył zwrot, kiecka z grzbietu ląduje na podłodze, spodnie, strój kąpielowy, była wzmianka o jeziorach, ręcznik, woda, kotu nałożyłam coś innego, trudno mówię mu; zjesz ,albo nie zjesz, z głodu raczej nie umrzesz. Do piwnicy i na rower wio. Ledwie dotarłam na peron, ściana deszczu, czy coś przeciwdeszczowego wzięłam ? ależ skądże. Do pociągu wraz z nami wsiadał pewien pan, który przysiadł się do mnie i prowadziliśmy miła konwersację, na koniec pan namawiał żebym się zapisała na pielgrzymkę rowerową, pięknie jest zachwalał i nie męcząco 60 km przez cały dzień, co godzina przerwa i modlitwy :) Mam go zapisanego w kontaktach Adam z pociągu, religijny z wykrzyknikiem. Nie dyskryminuję nikogo ze względu na wiarę, ale trza być ostrożnym :) 


 

Skępe, nadal leje i to jak, schroniliśmy się w sanktuarium, oglądamy, suszymy się, deszcz troszkę jakby zmalał w kwestii obfitości, kafejka, kawa. Jedziemy, trasę sister wybrała od jeziora do jeziora. Kąpiel, wracamy znowu przez Skępe nad następne jezioro i znowu kąpiel. I potem jeszcze raz. W Dobrzyniu jest wspaniały punkt widokowy, Wisła w ogóle nie wygląda jak rzeka.                            



 Potem kierunek Włocławek, jechaliśmy Wislaną trasą rowerową która zapewnia moc doznań, czyli piachy, kamienie, wąwozy, rozpadliny, trzeba było przenosić rower i po opadach błocko, dużo błocka, tak że do Włocławka dotarliśmy pózno i wracalismy do domu nocą, a ja bez świateł. Sady przed Włocławkiem; kilometry drzew oblepionych wiśniami , a nawet czereśniami, czasu nie było bo pociąg, ale pobuszowałabym :)      

Wpis dzisiejszy miał być o zgoła czymś zupełnie innym, o ludziach trzymających władzę :) i o konfliktach, ale nie sądzę żeby temat przebrzmiał, więc może następnym razem.



niedziela, 12 lipca 2026

Psuj

Jestem na whatsappowej grupie rowerowej. I tam panowie, w większości, mało pochlebnie wyrażają się o użytkownikach rowerów, którzy nie robią, nie umieją przy swoim sprzęcie zrobić nic, epitety okreslające owych uczestników padają rozmaite. Najpierw nie brałam tego do siebie, bo są tacy którzy np, po powrocie czyszczą opony roweru szczoteczką, jedna z babek kąpie swój rower w wannie, a ja coż, dwa razy w roku rower do serwisu, a kiedy jeszcze miałam przywiezioną z holandii taką sporawą butlę aerozolu, którą kiedy kupowałam, tłumacząc zaledwie  dwa pierwsze holenderskie słowa ; czyści i konserwuje,psikałam od czasu do czasu na łańcuch i już. Tak się kulałam o dziwo bezawaryjnie. Jednak kropla drązy skałę. Uznałam w końcu ,ze czas się poprawić. Zakupiłam  rózne szczotki i preparaty i któregoś deszczowego poranka wybrałam się z owym sprzętem w pobliżu śmietnikowej wiaty, gdyby nagle lunęło mocniej. W teorii wiedziałam, oczyścić z grubszego brudu, popsikać preparatem czyszczącym, osuszyć, wcisnąc kroplę smaru w każde ogniwo, pokręcić, wytrzeć , bułka z masłem, czyż nie ? Mojej pracy przyglądali się , i czasami komentowali gospodarze w liczbie trzech z okolicznych bloków. Zrobiłam; drugiego dnia jadę rowerem, a tam coś hałasuje, trzeszczy, bardzo niekomfortowe uczucie .. Mam w pobliżu takiego guru rowerowego, ale wiem, chłopak zarobiony zawodowo, domowo z kłopotami zdrowotnymi, głupio prosić o pomoc. Zaprzyjazniony serwis odpada, straciłam zaufanie, kiedy ostatnio wydali mi rower bez zrobionych hamulców, i wiem  każdy może coś przeoczyć, ale też za każdym razem po pracy tego serwisu, ktoś znający się na rzeczy musiał coś poprawiać. Dzwonię do guru i pytam w nadziei ,ze telefonicznie da się ogarnąc temat. Nie dało.W trawie pod blokiem mój rower został oczyszczony ponownie i nawet umyty do błysku, tylko jakaś srubka zgubiła się w trawie i pół godziny spędziłam klęcząc i macając podłoże, nie znalazłam, na drugi dzień znowu podjęchałam licząc ,ze może coś zabłysnie i znowu macanko, dziwne to wyglądało, ale cóż :) 


Potem w związku z pogodą niesprzyjającą wychodzeniu wzięłam się za psucie czegoż tu...a  spodni. Mam cała szafę kiecek i spódnic, mój dawny ubiór pracowy, na rowerze jednak  niewygodnie jezdzi się w kieckach, aczkolwiek można, tyle ,ze kiecka nie może być zbyt długa, ani za krótka, ani zbyt dopasowana, ani zbyt obfita, ani za lekka...więc jednak spodnie. Nie lubię krótkich spodenek, ani zwykłych , ani rowerowych, najlepiej mi pasują  do kolan, za kolano. Takich mam całe 2 sztuki dwie, wyobrazcie sobie przechodzenie lata w dwóch parach spodni, coś okropnego. Wymysliłam ,że potnę  długie, w których raczej nie chodzę. Na pierwszy ogień poszły takie typowo outdorowe, które zle leżały i bodaj raz je miałam na sobie. Obcięłam, obrębiłam, namęczyłam się, pokłułam paluchy bo materiał specyficzny, cięzko było wbić igłę, przymierzam, patrzę na siebie w lustro i myślę, ale ty głupia jestes, zle leżały długie, to krótkie leża tak samo zle albo i gorzej, zdecydowanie nosić ich nie bedę. Przyszła kolej na czarne szerokie, które na pupie i owszem, ale długość miały nieszczególną ni to 3/4 ni to nie wiadomo co, , wymyslłam że sciągnę je na dole, ala takie szarawary, gdzieś podobne widziałam, narobiłam zakładek, przymierzam, nie ta długość, za mało przycięłam, ale co gorsza są to spodnie wymagające prasowania, każdą zakładkę trzeba by porządnie przeprasować przed kazdym załozeniem,  spędzać godzinę na prasowaniu ? W życiu ! Odłożyłam na poprzednie. Jeansy, te w sumie ok, ale za gruby materiał i już wiem ,ze raczej nie będę ich zakładać. Mam jeszcze dwóch kandydatów do przycięcia... :) Wiem prościej byłoby kupić, nawet oglądałam, lecz takie które mi się podobają około 200, za tę sumę wolałabym kupić jednak np. podkaszarkę, sa miejsca na działce, gdzie kosiarką nie wjadę, lecę więc nożyczkami, co zajmuje masę czasu i kaleczy dłonie.  Odnośnie działki: pierwszy pomidorek oko cieszy. Dzisiejszego ranka pojechałam nad jezioro, taka dalsza wycieczka, rower sprawdzić, czy wszystko ok, w razie czego stamtąd blisko do pociągu . Woda zimna jak cholera, normalnie jakbym do zamrażarki wchodziła, za to ludzia żadnego :) Popływałam i zmarzłam, jednak w obliczu minionych temperatur wolę  marznąć.



niedziela, 5 lipca 2026

Byc emerytem


 Postój na wycieczce, jeden z rowerzystów prosi koleżankę aby zrobiła mu parę zdjęc, ma nowe bardzo kolorowe okulary przynależne do kasku, przybiera różne pozy podczas pstrykania,a to noga na rower,a to wygina się opierając o kierownicę. Potem z zainteresowaniem przegląda zdjęcia. Stoję tuż obok i słyszę: ale zajebisty jestem, co za gość ze mnie ! Najlpierw myślałam że ironizuje, już otwierałam usta żeby rzucić dowcipem, ale widzę że człek jest jak najbardziej poważny i to co widzi w komórce zachwyca go,więc w końcu się nie odzywam , nie znam go , nie będę psuła mu afirmacji i zachwytu nad samym sobą. Mnie osobiście on się  nie podoba. Ba dalej, męskiej części nie rozróżnam  w takich samych kaskach, w podobnych koszulkach. Jechałam ostatnio na zbiórkę w wielkim pośpiechu, pies od ostatnich upałow przestał współpracować, wychodzi, siknie i koniec, nie ma siły,żeby go ruszyć z powrotem, jak mam czas to pół biedy, ale kiedy go nie mam...Tego dnia,kiedy wybierałam się na wycieczkę na domiar złego zepsuła się winda. Normalnie nie byłoby problemu, odpuściłabym i tyle, ale obiecałam, ba przyrzekłam koleżance, że będę. Wycieczka była nad jezioro, a nikt z grupy nie kąpie się, koleżanka do pływania potrzebuje towarzystwa, każdy ma jakiegoś bzika :) Na dół Bari jakoś zszedł, do góry; utknął na pierwszym schodku i koniec. Mama mieszka na piątym piętrze. Proszę, błagam, ciągnę, psisko ani drgnie, wykładam smakołyki na schodkach, odwraca głowę. Sytuacja patowa, zaczęłam go suwać (waga blisko 60 kg.), przekładać łapy. Najpierw znosił to ze stoickim spokojem, w końcu jednak wnerwił się nie na żarty i próbował mnie ugryżc, wkurzenie go jednak poskutkowało bo   podniósł się w koncu i jakoś doszliśmy na to piąte piętro. Do czego zmierzam, spózniona mocno, nie mysląc za bardzo i kręcąc pedałami jak szalona pomyliłam miejsce zbiórki, po drodze minełam machających do mnie kolegów, no widziałam ,że ktoś macha, ale co mnie obchodzą krzyczący do mnie obcy faceci :) Grupa jest mocno zintegrowana i wspierająca, co budzi we mnie  mieszane uczucia, jednocześnie rozumiem i się wkurzam. W te dni kiedy temperatura oscylowała wokół 40 stopni jechaliśmy nad jezioro, nie chciałam, koleżanka uprosiła. Jeden z panów ewidentnie zle się czuł, nie nadążał, a na elektryku jechał, przewrócił się dwa razy, krew się lała, poklepywano go po ramieniu, Bolek dasz radę, zamiast kazać mu wracać do domu. Innym razem jechała z nami pani, rekonwalescentka po poważnej operacji, żeby jej nie męczyć tempo było 5 km/h, pani po wjechaniu na lesne drogi zdecydowała ,ze jednak wróci, do miasta pojechały ją odwieżć dwie osoby, na które potem musiałyśmy czekać. Jako że koleżanka przedstawiła mnie jako super hiper wspaniałą osobę, którą oczywiście nie jestem, staram się okazywać wyrozumiałość i cierpliwość, ale te wspólne jazdy nie wydają mi się wcale fajną opcją. Z drugiej strony sobotnie wędrówki na razie odpuściłam, z wiadomych powodów, więc jednak przebywanie od czasu do czasu w większej grupie ludzi byłoby wskazane.  Minione upały, koszmar, na zewnątrz jeszcze funkcjonowałam, ale w mieszkaniu, stojące nagrzane powietrze powodowało ,ze dosłownie sie dusiłam, mimo zalecenia zamykania okien, swoje od czasu do czasu otwierałam, nie mogłam oddychać. Kwiaty na balkonie  popaliło, tylko pelargonie , wytrzymały prawie bez uszczerbku. Biedne zwierzaki, kot zaczął gubić sierśc w ilościach nie do opanowania. Taki paskudnik, balkon w nocy szeroko otwarty wiadomo, okno przy którym spię zamknięte, wiewory przychodzą i popijają z poidełka dla ptaków, widziałam je śmigające po parapecie, a nuż którejś pomyliłyby się kierunki i zamiast na balustradę skoczyłaby na kanapę ? I kocisko przebrzydłe na balkon wychodzi przez drzwi , ale wracać chce przez to okno, które jest zamknięte. W nocy śnię jakieś kocie nieszczęście, rozpaczliwe miauczenie, w końcu się budzę a to całkowicie realny kot stoi po drugiej stronie okna na dwóch łapach a dwoma wali z całej siły w szybę miaucząc przy tym przerazliwie . Bari najszczęsliwszy pod czas upałow był nad wodą. Kiedy dysponowałam samochodem gramolił się na tylne siedzenie i jechaliśmy. Teraz najpierw na przystanek, potem autobusem na dworzec, potem pociąg, a od pociągu spory przecież kawałek nad jezioro,duży wysiłek dla piesa podczas  upałów. Podczas ostatniego wyjazdu pociąg stanął w polu , trwało to ponad dwie godziny, bez klimatyzacji, biedne psisko.







niedziela, 28 czerwca 2026

Wybaczcie

 Moi mili, nie chcę się skarżyć ani narzekać, bo człek w życiu gorszych rzeczy doświadczył, ale czwarte, ostatnie piętro i okna na południowej stronie powodują że czuję się jak jajko na twardo, ugotowana na amen. A jako głupia cipa, bo zamiast przewidzieć i kupić , a potem okleić okna srebrnymi kocami , uznałam, że jakoś to będzie....😭

sobota, 20 czerwca 2026

Pięć dni ...

 w toalecie :) Nie wiem czy to odmiana perfidna grypy była, czy zatrułam się czymś do kompletu, ale ostatni tydzień byłam w niebycie. Jeszcze w poniedziałek pojechałam  na działkę, zbierałam truskawki i jadłam  prosto z krzaczka, urozmaicając poziomkami i może to one były przyczyną,  pózniejszych zdarzeń. Może sąsiad, który z drugiej strony siatki ma swoje warzywka, spryskał je chemią, a przy okazji i moim grządkom się oberwało, albo; obiema rękoma pracuję, jedna ręką truskawki, drugą wyrywam bardziej okazałe chwasty, może tym chwastem przez przypadek truskawkę przekąsiłam a on jakiś trujący był ? nie dojdę przyczyny. W każdym razie pierwsze dwa dni, albo ubikacja albo miska. W ogóle do dnia wczorajszego tylko z pieselem wychodziłam na nader krótkie spacery, Bari jakby rozumiał, że sytuacja jest trudna, trzy kroki i siku , pięć kroków i grubsza sprawa, parę wąchnięć i powrót do domu. Za to kocisko, bez żadnej wyrozumiałości, z dezaprobatą patrzyło na moje polegiwanie w łózku i nie ma ,że pani się skręca z bólu, tak wymiaukowywało przerózne tonacje siedząc w bezpiecznej odległości ode mnie, inaczej przecież bym go trzepła, że zwlekałam się z łoża boleści zmuszona nałożyć mu żarcie.Potem znowu sie zwlekałam bo fetor dochodzący z kociej kuwety lamany przez zapach piwonii umarłego na nogi by postawił. Najpierw myslałam ,ze wytrzymam, że za chwilę się przyzwyczaję,co mnie obchodzi smród kiedy ledwo dycham, ale nie dało rady.  Bałam się trochę, w pamięci mam całkiem świeżą historię swojej sąsiadki. Wróciła wcześniej z pracy, żołądek bardzo ją bolał, zażyte lekarstwa w niczym  nie pomagały, ból  narastał, wezwała pogotowie. Przyjechali panowie, dali zastrzyk i odjechali. Miała iśc sobie na drugi dzień do lekarza. Dzień drugi, sąsiadka nie jest w stanie się ruszyć, znowu dzwoni na 112. Znowu zastrzyk. Rodzina wzięła sprawę w swoje ręce, znajomy znajomego miał znajomego, który pracował w pogotowiu, kiedy więc trzeci raz została wezwana pomoc, tym razem wzięto ją do szpitala. Tam na dzień dobry lekarz, jak śmie zawracać mu głowę podobnymi głupstwami, tu się życie ratuje, a nie przychodzi z bolącym brzuchem.  Jednak zrobiono jej prześwietlenie i pół godziny pózniej sąsiadka była przygotowywana do operacji, coś jej tam gniło w środku.  Nie mam żadnych znajomości. Jednak kiedy trzeciego dnia mogłam trochę wody wypić bez spektakularnych efektów końcowych, wiedziałam, że wyjdę cało. Do czytania z ostatniej wizyty w bibliotece ostał mi się tylko Lód Dukaja, który nieomal dosłownie zatapia odbiorcę potokiem słów, czytając go czułam się jakbym  w malignie była, niefajna lektura na złe samopoczucie.  Wczoraj już coś zjadłam, jedna korzyść z przymusowej diety, brzuch mi się przypłaszczył. Oj nie lubię tej częsci swojego ciała, zapewne trochę przesadzam, bo jak nosiłam rozmiar 34 też mi się wydawało że mam wielkie brzuszysko. Ale faktem jest, że nigdy nie miałam brzucha jak pod linijkę. Zapewniam jednak że inne brzuchy mi nie przeszkadzają :)  Dzisiaj zdecydowałam się wyjśc z domu na dłużej, drobne zakupy, oczywiście żarcie dla kota, rzecz najważniejsza, a potem działka. Mzk czy rower, zastanawiałam się przez chwilę, ale że remontują linie tramwajowe i jeżdzi  tylko autobus i jazda zajmuje więcej czasu czyli ponad godzinę i nie daj boże siedzieć w nieklimatyzowanym autobusie, to uznałam że jednak rower, najwyżej jak mi słabo będzie, to usiądę. Raniutko, bo gorąc, podlałam pomidorki, zebrałam truskawki, nie tknęłam żadnej, absolutnie i jest ok. A jutro może jezioro, niedaleko ...             Dzisiaj fiolet w odsłonie czerwcowej.







Niebieski kolor może nie mieści się w konwencji, ale lubię te kwiatki. W ubiegłym roku jeżdżąc na cmentarz za każdym razem zwracałam uwagę na niebieskie platki wystające z trawy, kiedyś miałam ze sobą łopatkę i myślę sobie taki ładny chwast jesteś, możesz rosnąć u mnie, posadziłam na skraju rabaty przy trawie i z jednej galazki zrobiło się kilkanaście, sprawdziłam któregoś dnia obiektywem co to właściwie jest i oto proszę państwa len i kwitnie już dwa miesiące:)

Kłamstewka

  Czyż nie pisałam kiedyś, że rzadko kłamię i że nie lubię ? Hm, każdy ma jakieś złudzenia dotyczące własnej osoby. Wczoraj rozpoczęły się z...