pojechałam zobaczyć :) Piątkowe przedpołudnie miałam wolne, siostra ostała się z mamą. Skoczyłam tedy na działkę prowadzić swoją prywatną wojnę z przyrodą. W ogródku prym nadal wiodą tulipany, część przekwitła wprawdzie, ale sporo jeszcze stoi niczym żołnierzyki na warcie, są też plamy kolprów w postaci floksów i żagwin bodajże, a także niezapominajki, które się panoszą, ale rzadko je wyrywam bo ten niebiesciutki kolor cieszy oczy i bylina która jak niezapominajka wygląda, ale zdecydowanie nią nie jest.
Długo nie zabawiłam bo deszcz zaczął padać, upragniony wreszcie, nie padało przez wiele, wiele tygodni i był to deszczyk idealny, nie ulewa, która spływa po wyschniętej ziemi tylko taki kapuśniaczek zmiekczając glebę i nawadniając jednocześnie. Ze deszcz, że na rowerze, nie szkodzi, odwiedziłam w drodze do domu kilka center ogrodniczych, masa kwiatów, przepięknych, lubię łazić i podziwiać. Z obi wyniosłam tzw. strokrotki afrykańske, przecenione z 10 na dwa, zawsze dają się odratować, z tym, że na balkonie kwitną, kwitną a potem marnieją, wsadzone do gruntu, po kwitnieniu, trochę odpoczywają a potem znowu lśnią kwiatami aż do samych przymrozków. W innym centrum złapałam czubatki, niedrogo, tym razem na balkon, wdzięczne kwiatki znoszące moją południową wystawę i kwitnące bez przerwy do jesieni.
Jestem w stanie oprzeć się wielu rzeczom, kwiatowym okazjom nigdy :) Wyczytałam w necie że największa Maryja w Polsce ma zostać ukończona w sierpniu, ciekawośc mną miotnęła, aż tak daleko nie jest, pojadę zobaczyć. Przez moment zastanawiałam się czy nie dąc znaku, temu gostkowi, że się wybieram, ale potem myślę sobie,kobieto, naprawdę chcesz nawiązywać jakiś kontakt z człowiekiem który focha stroi, na twoje nie mogę, niepokoją mnie osoby których reakcje są nieproporcjonalne w stosunku do sytuacji. Sobota była piękna, leciutki wiaterek, rzepak kwitnący. Dojechałam,niestety podziwiać jeszcze nie było czego, zapewne się tam jeszcze wybiorę. Powrotną drogę wybrałam inną, więc ustawiłam nawigację, mapy cz. przejeżdżając przez małe miasteczko skuszona słodkim zapachem zatrzymałam się przy cukierni, ciastko owszem było smaczne ale kawa ohydztwo, wyrzucone pieniadze, cały kubek zostawiłam nie mogąc znieśc paskudztwa, a przecież nie jestem wielką smakoszką, w domu pijam rozpuszczalną, która jest taka se, ale wszyscy moi znajomi mają expresy, wypasione więc znam smak dobrej kawy. Jadę i jadę ,a km na liczniku nie ubywa, przełaczam na inną nawigację, czyli google maps, które miewa fantazję, ale pokazuje zazwyczaj mniej kilometrów. Każe mi zjechać na polną drogę, o myślę sobie jakiś skrót, jadę, kwitnący rzepak z jednej strony, kwitnący rzepak z drugiej strony, ptaszki świergolą, bajka, po kilku kilometrach zatrzymuję się przed jakimś budynkiem, nawigacja mi każe jechać prosto :) Zawracam, wcześniej było jakieś rozwidlenie i znowu stoję przed czyimś płotem, psy szczekają jak wsciekłe, wychodzi żywy człowiek, pytam się niczym idiotka czy jest tu jakaś droga, chociaż jak gołym okiem sięgnąc tylko pola widać. Facet popatrzył, pomyślał, przepuszczę panią, otworzył mi bramę, przeprowadził przez podwórko, obszczekiwały mnie trzy sztuki psa, otworzył następną bramkę, jak dojedzie pani do asfaltowej drogi , proszę skręcić w lewo, dojeżdżam do asfaltówki, nawigacja skrzeczy skręc w prawo, skręc w prawo, a ty małpo, mysłe, zamilcz i wyłaczyłam paskudę, zresztą byłam już w okolicach które mniej więcej kojarzyłam. A dzisiaj rano działka ciut, ciut, potem prace porządkowe na balkonie i koleżanka z porządną kawą :)



















