Wiedzę o ogródkowaniu czerpię z netu, bo jakżeby inaczej. I jak to w internetach, niektóre rady są pożyteczne, niektóre bzdurne, a najczęściej dwa w jednym. Jadę więc metodą prób i błędów. Krzaczki truskawek mi przez zimę zmarniały i wyglądały jakby tylko do zaorania im przyszło, zostało trochę miedzianu po drzewkach i o dziwo, oprysk zadziałał. Dostały nowych listków, urosły, a teraz kwitną. Szukając w necie wiadomości na temat chorób natknęłam się info ,ze posypanie gorczycą zapobiega czemuś tam. W tekście była mowa o mielonej gorczycy, ale takowej nigdzie nie było, to kupiłam przyprawę w ziarenkach i obficie podsypałam grządki. I któregoś dnia patrzę a moje całkiem niedawno jeszcze wypielone rzędy truskawek naraz zarosły zielonym badziewiem. Głosno lamentowalam do sąsiadki, że na te chwasty to już siły nie mam,jednego dnia jest czysto, trzy dni póznej, prawie truskawek nie widać, sąsiadka zaciekawiona przyszła zobaczyć co to u mnie się dzieje i patrzy i mówi, gorczyca ci rośnie, siać musiałaś, zaperzyłam się, nic nie siałam, a w zyciu w truskawkach ? podsypałam tylko przyprawą :)
Kiedy chodzę do mamy natykam się na pewnego gostka, ja z pieskiem, on z pieskiem, ja dygam rower do windy, on swój z windy wyprowadza. Zawsze w przelocie zamieniamy kilka słów. Parę dni temu opowiadałam mu o jednej trasie rowerowej, on na to, że nigdy tamtędy nie jechał i może byśmy się tam kiedyś razem wybrali. Czemu nie, kiedyś możemy. Poprosił o numer telefonu. Dla mnie kiedyś to może w przyszłym miesiącu, albo na jesieni, po powrocie do domu doczytałam się kilku esemesów, w odpowiedzi miałam pilnie potwierdzić wyjazd w sobotę, albo dzisiaj. Odpisałam, że na razie nie mam czasu, to się człek obraził, a mnie deczko głupio. I naprawdę czasu nie mam. Pies, mama, jej wizyty u lekarza, do tej cholernej biblioteki często jezdzimy, bo mama na okrągło siedzi i czyta. Działka, która wymaga,moje zajęcia edukacyjne, w czwartki jeżdzę z uniwersytetem, zaczęlam z nimi jezdzić tak a propos treningów prze rajdem. Są drobne niuanse w jeżdżeniu w pojedynkę a jeżdżeniu w sporej grupie. Moja eks przyjaciólka np. dobrze radziła sobie na polnej drodze, albo szerokim, leśnym trakcie, ale w mieście, klękajcie narody. Każdy słupek stał jej złosliwie na drodze, każdy spotkany rowerzysta wróg. Uważaj trochę prosiłam, "ja, ja mam uważać, niech oni uważają!" burzyła się, z delikatności nie wypominałam jej, że słupkowi trudno uważać. Z drugiej strony te mikrokolizje nie zawsze mogły być jej winą. E miała bowiem cyc, słusznych rozmiarów i pogląd, że w czasie wolnym od pracy, cyc należy uwolnić z okowów. W domu czy w ogródku, jak jej to pasowało to czemu nie, ale na rowerze.. scieżki rowerowe w owym czasie rzadkie były niczym jednorożce, jeżdziło się po krzywych płytach chodnikowych, czyli ciągle podskakiwało, do tego kusy podkoszulek, tak że czasami ten i ow mogł się zapatrzeć.
Ta mała menda zapchlona nie daje mi dzisiaj żyć, chodzi i miauczy, dosłownie bez przerwy. Wyjątkowo sobotnia wędrówka była dzis, niedzielny poranek, odjazd autobusem o ósmej rano,ubrałam się nieco za ciepło,spociłam podczas marszu, jak wróciłam to padłam i mysłałam,może maleńka drzemka, spałam dzisiejszej nocy może nie tragicznie, bo prawie 5 godzin, (melatonina nie dla mnie, schowałam opakowanie głeboko, po jej użyciu, po obudzeniu myslałam że łeb mi eksploduje, dopiero druga tabletka przeciwbólowa przywróciła mi życie ) I prawie prawie przysypiałam jak kocisko właczyło swoje glosniki. Nie mogę go karmić na żadanie, bo potem ma biegunki i choruje i czasami na odmowę reaguje w miarę spokojnie a czasmi jak dzisiaj miauczy, miauczy i miauczy, ratunku !















