niedziela, 22 lutego 2026

Kocham

swojego listonosza. Spaceruję sobie w piątek z piesem po lasku, gdzie Bari jak to Bari szczeka,a głos ma potężny i donośny, dzięki czemu cała okolica wie,ze Bari jest i ma się dobrze i słyszę krzyk, odwracam się a tam listonosz stoi na chodniku  i macha do mnie, , mam polecony . Polecony ? Dziękuję bardzo. Wdzięcznośc czuję, ominął mnie bowiem nagły skurcz serca, przy wyciąganiu awiza. Skurcz, bo w pracowych czasach za awizem często kryła się korespondencja z US, co zawsze oznaczało kłopoty. Teraz urzędy skarbowe uczłowieczyły się, ale kiedyś, gdy babka zza okienka wyciągąła kopertę z wiadomym stemplem, miękły mi nogi. Raz nawet oskarżono mnie o przestępstwo skarbowe, nie nabiłam dwóch kopert za 10 gr. kara kilkaset zł. Jeżeli nie US to ZUS czyli papierologia bez końca, moja księgowa była do luftu, dawna koleżanka i po odejsciu  exa powierzenie jej wszystkiego to jeden z moich największych błędów przy prowadzeniu biznesu. Trzecia opcja to mandat, albo ściślej przypisane mu punkty karne, był okres kiedy brakowało mi jednego punkcika do utraty uprawnień, a przecież samochód był niezbędny do prowadzenia działalności. Listonosz oszczędził mi też konieczności chodzenia na pocztę, mam dwie w okolicy, raz odbieram list na jednej, raz na drugiej, nie pytajcie czemu, oba te punkty otwarte są w dziwnych godzinach. No i jak tu go nie kochać ? :)

Na wczorajszą wędrówkę wypięlam się , krótka i po mieście. Jeżeli krótka to dołącza sporo osób, które wolniej chodzą, i potem jest sarkanie dlaczego tak szybko, kiedy przerwa i tak w koło Macieju. I jak teoretycznie jestem oczywiscie za opcją żeby jak najwięcej osób chodziło i utrzymywało tempo wg swoich możliwośc,i tak praktycznie męczy mnie to i wkurza, a chodzę przecież po to żeby robić sobie dobrze, w szerokim rozumieniu tego słowa :) Toteż wczoraj poszłam ze zniczem w dłoni na cmentarz, rocznica śmierci taty i zrobiłam tych kilometrów dwa razy więcej niż zrobiłabym na wycieczce. Ruszanie się, czyli w tej chwili chodzenie , potem rower to dla mnie chyba najbardziej optymalna  i możliwa forma utrzymania wagi. Z dietami mi nie po drodze, nie lubię gotować. Nie jestem też w stanie odstawić całkowicie cukru, mogę próbować ograniczać ,ale tak wcale nie ma mowy, czasami zjedzenie cukierka ratuje mnie przed stanieciem na barierce balkonu :) Utrzymać wagę muszę. Mam jedną parę spodni typowo sportową, z wysokiej jakości materiałów. Chodziłam w nich na wycieczki , jezdziłam na rowerze, aż  zbrzydły mi tak, że schowałam je do najdalszego zakamarka szafy, a na wędrówki zakładałam swoje normalne ciuchy. Któregoś dzionka podczas wędrówki koleżanka patrzy na moje dzwony, które najpierw zmokły, potem oblodziły się i mówi do mnie , mam całą szafę spodni, niektórych nigdy nie założyłam, przyjdz. Poszłam, kanapa zawalona ciuchami. W czym problem, koleżanka jest s ,mała, ja dryfuję z kolei powoli acz nieubłaganie w stronę medium, wybrałam kilka par,  naprawdę świetne ciuchy, jakościowo bez zarzutu, ale jeżeli przybiorę parę centymetrów... a ciuchy dopasowane, obcisłe toleruję z trudem, tak że jak skończę pisanie do lasu marsz :) 

W Polityce  ukazał się ciekawy artykuł, o tym że człowiek jako jedyny gatunek nauczył porozumiewać się słowami, a teraz wygląda na to że powoli tę umiejętność traci. Przeciętnemu polakowi wystarcza używanie 300 słow,  pierwsze 3 słowa to są przekleństwa, czwarte to słowo ja. Mogę niezupełnie pamiętać liczby, czasopismo przeglądałam na szybko u mamy, ona z kolei czyta przez lupę, więc zanim  dostanę je w swoje ręce trochę to trwa. Czytelnictwo jakie jest wszyscy wiemy, zawsze czytając do ilu procent należę, czuję się trochę dumna, bo wszak to  elita, która czyta więcej niż jedną pozycję w ciągu roku. Niestety to poczucie wyjątkowości prysło w trakcie dalszej lektury, oznajmiono bowiem że stoimy na podium w tym negatywnym sensie, czytania i rozumienia najprostszych instrukcji.  Fakt czytasz dużo ,ale przypomnij sobie ile wysiłku kosztowało cię złożenie komody, czytałaś w kółko i w kólko i ciągle nie wiedziałaś co gdzie i z czym. Możliwe jednak że z następną komodą poszłoby szybciej. A druty ? Znalazłam w sieci piękny sweterek, cudny wprost, jako jednak że na drutach nie robiłam od wielu lat uznałam że zacznę od prostszej formy, taki nieomal pudełkowa forma, zapinana na jeden guzik z niewielkim podkrojem na pachy itd. I co ? Poległam na podkroju szyi , zmodyfikowałam sobie pewne rzeczy i teraz  te modyfikacje nie pasują mi do instrukcji, robię i pruję i nie wychodzi tak jak na obrazku i za chwilę cisnę wszystko w kąt.. .

Ostatnie obrazki zimowe, mam w każdym razie taką nadzieję. 


Tu wlazlam na zamarznięte jezioro, kusiło mnie bardzo.


Zamarznięta Wisła 

Nie zamarznieta Drweca




niedziela, 15 lutego 2026

3:30

 Budzę się i  przez chwilę przytrzymuję zamknięte powieki w nadziei, że może uda się jeszcze na moment odpłynąć. Ni w cholerę, telewizor pyk, komórka do ręki, kot wygrzebuje się spod koca, ziewa, przeciąga się i patrzy na mnie z nadzieją, pacam go w głowę, nawet sobie nie myśl, że o tej porze będę cię karmić, kocisko zwija się z powrotem w kłębek, mogę założyć się, że rozumie mnie doskonale. Nie, nie narzekam że krótko spałam, ostatnio zupełnie niezle sypiam, czasami udaje mi się przespać nawet 7 godzin w jednym kawałku, czego nie doświadczyłam od wielu lat, wg. badań demencja z alzheimerem czeka na mnie za rogiem. I rozczarowana jestem nieco, wydawało mi się że po przespaniu całej nocy będę się czuła jak nowa, może z większą energią. Guzik tam, kiedy pół nocy nie śpię, przmyslam plan dnia, rozwiązuję problemy, a kiedy tak budzę się pózno, powiedzmy o szóstej rano czuję się nieprzygotowana do życia. O piątej kawa, idąc do kuchni, podchodzę do drzwi wejściowych, zaglądam przez wizjer, czy Maciek czeka, aha na klatce zapala się światło czyli Maciuś mnie słyszy i leci. Daję jeść wygnańcowi, Kevin już obok swojej michy z godnością czeka, czasami nie czeka, czasami wykorzystuje fakt ,ze drzwi są szeroko otwarte, prześlizguje się niepostrzeżenie i leci na dół, a ja wtedy chcąc nie chcąc lezę w piżamie z włosami na sztorc, czasami aż na parter w pogoni z kotem, prosząc w duchu cichutko, żeby nie natknąc się na żadnego z sąsiadów. Dawno temu w innym miejscu, w innym bloku mieszkała taka staruszka, która w koszuli nocnej wychodziła na klatkę schodową i w nocy straszyła mieszkańców.

Wczorajsza wędrówka średnio udana, trasa prowadzona szosami i to takimi gdzie ruch samochodowy spory, kumpela bez humoru, marudziła. Przodownik pomylił trasy i zamiast 12, mieliśmy do przejścia 16, i A w kólko narzekała, że co, że jak tak można. Koniec wędrówki w Chełmnie, mieście zakochanych, mialy być jakieś atrakcje walentynkowe, występy min. Lanberry, J.Radka, Steczkowskiej, ale ja już miałam dosyć, pożegnałam grupę i poszłam sobie na dworzec autobusowy.  Na koncercie piosenek o miłości byłam w ciągu tygodnia, chór Lutnia , trochę muzyki poważnej , trochę piosenek lat 20 zdecydowanie bardziej moje klimaty. 

Teatr ? Darowanemu koniowi nie zagląda się do żadnej części ciała, prawdaż ? Wyjście postanowiłam uczcić stosownym ubiorem, w kółko spodnie i spodnie, na koncerty też spodnie, bo w tej hali gdzie się zazwyczaj odbywają tak pizga zimnem, że raz kiedyś oddałam tylko płaszcz do szatni i był to błąd którego więcej nie powtórzyłam. Czyli kiecka, wybrałam taką z szeroką spódnicą, góra bez rękawów, nie chciałam na to żadnej marynarki tylko jakiś fajny sweter żeby z pazurem, przewaliłam swoją szafę nic, albo fason nie taki, albo kolor albo sierotka Marysia. Dzwonię do sąsiadki, jesteś w domu? Jestem, masz czas ? mam, a co ? A nic, mam sprawę, sasiadka, gwoli wyjasnienia ma garderobę trzy razy większą  od mojej. Biedna, spędziłam u niej nie wiem ile czasu, kręcąc nosem, wybrzdzając, marszcząc brwi na koniec zostawiając ją z kupą rozwalonych swetrów na fotelu :) Potem zaczął padać snieżek , coraz bardziej i bardziej i wyobraziłam sobie siebie brnącą przez zaspy w cieniutkiej sukience i czekającą potem na tramwaj, który to z powodu awarii nie przyjeżdża. Nie podobało mi się to wcale więc uznałam ,ze wracam do spodni... W teatrze bawilam się, śmiałam i klaskałam. Nie żąłowałam pójścia ani przez moment. Jednak nie była to sztuka, którą sama bym wybrała. Dowcip dla mnie zbyt przaśny, zbyt dosadny, ocierający się o granicę dobrego smaku, wolę więcej niuansów i niedopowiedzeń, ale to ja, publika im" grubiej" było tym bardziej klaskała. Piękna Lucynda, głowna postać była też najbardziej nijaka i mdła i nie wiem czy wynikało to ze scenariusza i poprowadzenia tej roli . Natomiast ciotka grała bezbłednie i zachwycająco, Lucynda śpiewała a ja patrzyłam na ciotkę, która tylko siedziała i kiwała nóżką. Interesujące dla mnie były stroje. Róznorodnośc i przegląd wielu epok, niektóre suknie nieomal przeniesione z Bridgertonów, żupany  i kontusze, jeden z panów w czerwonych kozaczkach na obcasiku i w obcisłych kwiecistych portkach z torebeczką i kapelusiku po stroje współczesne, luzne szerokie portki , bluzy a panna młoda biegała w krótkich spodenkach, podobnych do tych w których  sypiam latem. Aktorzy czasami schodzili ze sceny, wspominałam ,ze w pierwszym rzędzie siedziałyśmy na srodeczku. Jeden z aktorów mial na sobie tylko kapelusz i portki nisko na biodrach osadzone, bardzo owłosioną klatę i piękny płaski brzuszek . Tymi biodrami majtał nam przed oczyma aż doprawdy nie wiedziałam gdzie mam te oczy skierować, Na pewno byłam cała czerwona, tak że tak, wrażenia były :)                                                          

Wiewiór jest codziennym gościem,  odkrywam orzechy a to w jednej doniczce, a to w drugiej, nawet w karmniku...

niedziela, 1 lutego 2026

Huhu ha zima zła


 
Zdjęcia z ub. tygodnia. Na drugim obrazku "moja" dwójka zakłada raczki, jak się kumpela gruchnęła na oblodzonej drodze i przez chwilę znaku życia nie dawała to dopiero  zimno mi się zrobiło, potem tłumaczyła że leżąc i się nie ruszając, obczajała sygnały co i gdzie ją boli:) Zepchnęłam ją potem wbrew jej protestom, że  nic się nie stało  w kierunku zwalonego pnia, żebyśmy mogły założyć raki, bo sprzęt, takie z nas gierojki, trzymałyśmy w plecakach. Natomiast w ten piątek wieczorem dostałam dziwnych boleści, przypływały falami, uznałam ,ze jeżeli się nasilą, mozliwe,że będę potrzebować pomocy, więc między jednym a drugim bólem poczłapałam do łazienki, żeby poprawić stan higieny,w razie gdyby.. a w sobotni poranek leżałam nie mogąc się zdecydować, wymęczona, słaba i niewyspana, na dworze -12 , 17 km do przejścia, zadecydował wiatr, bo na domiar pizdziło jak w kieleckim. Fakt, nic już mnie nie bolało, ale to wiatrzysko. I tak sobotę spędziłam w stroju piżamowym, wyciągając i zżerając oczywiście, bo jak inaczej przy odchudzaniu być może, wszystkie batoniki z plecaka i czytając Jadowską, wcześniej znałam jej fantastykę, która niezupełnie przypadła mi do gustu, ale o tym że pisze kryminały dowiedziałam się na prowadzonym przez nią wykładzie. Pani Jadowska pięknie opowiadała o pannie Marple i innych kryminałach, w których starsze panie z właściwym sobie wdziękiem rozwiązują skomplikowane i krwawe czasami morderstwa. Na wykłady UTW chodzę rzadko, i tylko jeśli temat wykładu mnie interesuje. Więc np. o sztucznej inteligencji omawianej przez psychologa i naukowca tak, fascynujące zresztą , na fizjologię nietrzymania moczu, diety i temu podobne nie , jeszcze nie. Mam opory przed dołączaniem do grupy samych,starszych osob, przygnębia mnie to. W duchu przecież jestem ciągle piękna i młoda, a tu natykam się na równolatków,którzy wyglądają jak wyglądaja i prawda w oczy kłuje, szydzi i się naśmiewa. Jednak nie jest tak zle, słuchacze tworzą dosyć ciekawe i różnorodne towarzystwo. Zaczęłam chodzić z koleżanką, jednak jej znajome rozmawiają podczas wykładów co mnie irytuje, stado kwok, jakby nie mogły wszelkich nowinek omówić przed czy po wykładzie, więc siadam teraz sama na drugim końcu sali, gdzie mogę spokojnie słuchać, czasami dosiada się do mnie znajomy rowerzysta z gatunku mrukliwy milczek i jest git. A propos starych kwok, muszę  oddać sprawiedliwośc,  kiedy koleżance skarżyłam ,że dokarmianie kotów, pozbawia mnie niemal każdego grosza, jedna z nich przytargała i oddała za nic, całą reklamówkę kocich saszetek. Tak że fanfary. Skoro o kotach, pozwolę sobie poobgadywać jednego z sąsiadów, tak tych, którzy wyrzucili Maćka. Smieci wystawiane na klatkę i zalegające dniami, latem cóż rozkosz dla powonienia, mały szkrab idący do przedszkola i codziennie walący kijem w poręcze,cały blok dudni, mnie to aż tak nie przeszkadza, nie sypiam o tej porze, ale wyobrażam sobie, że któryś z mieszkańców o siódmej rano jeszcze leży w łóżku, o tym że ciągle ktoś tam wierci i wali to tylko napomknę. Któregoś z minionych wieczorów, 21, ktoś wali w drzwi, nie puka, nie dzwoni, wali, ja w stroju piżamowym patrzę przez wizjer, facet w grubej kurtce, w czapce nacisniętej na oczy, bokiem stoi, nie widać twarzy. Patrzę i myślę, nikt z sąsiadów bo w kurtce, z zewnątrz? Czemu nie dzwonił domofonem ? Znajomy, rodzina, lecę do komórki sprawdzić połączenia. A ten wali, wystraszyłam się tak, że schowałam się w łazience, nie ma mnie, nie muszę być. Potem żałowałam że nie zapytałam, wyobraznia mi się rozhulała, przychodziły mi do głowy takie koncepty katastroficzne, że żeby zasnąć musiałam tabletkę łyknąć. Na drugi dzień idę po schodach i ten z dołu mnie zaczepia, czy kaloryfer w kuchni grzeje, nie wiem, w kuchni mam zakręcone kaloryfery, odpowietrzam je tylko kiedy spółdzielnia wiesza ogłoszenie ,a potem ich nie ruszam, zaraz sprawdzę mówię, i wtedy coś mnie tyka, czy to pan wczoraj walił  ? A tak przepraszam, jakoś tak wyszło (?) i Ostatni news, Maćka karmię z sasiadką ,czasami sprzątam po nim, w te mrozy sypia na klatce, fundacja zajmująca się bezdomnymi kotami leczyła go po wypadku, potem po zatruciu, ostatnio miał wyrywane zęby, dowiedziałam się ,że babki z fundacji znalazły dom dla Maćka, zapytały grzecznie o zgodę i ten stary cap odmówił !

piątek, 23 stycznia 2026

Od szycia do picia

 krótka historia. Sikorki wyjadły, wydziobały raczej, nieomal cały zapas słonecznika, więc bilet w dłoń i kierunek rynek. Na rynku jest także świetny szmateks, sama nie za bardzo umiem wyszukiwać, ale rzeczy ,która koleżanka tam kupiła warte są zachwytu, tyle ,ze w takiej temperaturze i po przerzuceniu jednej kupki czułam ze zamarzam,zesztą nie mam cierpliwości nawet w bardziej komfortowych warunkach, po 15 min. zazwyczaj mam dosyć wszystkich ciuchów na świecie, złapałam tylko ala bieżnik, kwieciste mazaje,bez konkretnego kierunku wzoru. Uznałam, że go przetnę w połowie, zszyję dłuższymi bokami i na stolik będzie jak znalazł. Na ten stolik potrzebuję dużo nakryć, piję przy nim kawę, podjadam no i kocisko ma tam ulubiony punkt obserwacyjny na podejrzanego osobnika, czyli  mnie, więc kocie włosy non stop, a po pobycie w kuwecie na tymże stoliku wylizuje sobie to i owo, mimo mojego sprzeciwu i walki z tym zwyczajem. Pasmanterię mam w barku, kolorowe nici, igły, szpilki, tasiemki, guziki, jest tego trochę. Pod tylną scianą barku, stoją grzecznie alkohole, są to wysokoprocentowe trunki, w takich grubo ciosanych szkłach, stoją sobie od lat. Pamiątki z czasów pracowych. Kiedy jeżdziłam na targi, robiąc zamówienia, do zamówień handlowcy dołączali suveniry. Najbardziej lubiłam bony Sodeho, wiadomo mogłam za nie kupić to co sama chciałam, zdarzała się i biżuteria,zegarek Atlantic mam do tej pory, najwięcej jednak było alkoholi, przeróznych. Wydawałam to potem w formie prezentu. Ostało mi się na dzień dzisiejszy parę butelek wódki, jak mniemam nie psuje się ? i jedno wino, kompletnie niewymiarowe, które przy szukaniu choćby centymetra, przestawiałam z jednego boku na drugi, i teraz mi spadło na nogę. Wkurzyłam się na siebie, po co ja to trzymam, dobrze, że się nie rozbiło. Rękę z winem trzymam już nad koszem, a może otworzę, a nuż jest dobre. Po chwili siłowania się z korkiem, który złamał się w połowie, wącham, delikatnie próbuję. Wino jest wytrawne, lekko cierpkie z goryczką, smakuje mi..Przez trzy dni wypiłam może jedną piątą butelki, jak dobrze po tych kilku łykach się zasypiało, kładłam głowę na poduszki i już. Fantastyczne uczucie, niestety po paru godzinach budziłam się z takim łupaniem w łepetynie, ,ze jedna tabletka to mało ,zeby ten łomot uciszyć. Może nie dbam o siebie jak powinnam, np. nie biore przepisanych lekarstw, w mniemaniu całej rodziny jestem zdrowa jak koń, ale bez przesady. Nie będę alkoholu przegryzac prochami. Wino odstawiłam, koleżanki nie lubią wytrawnych alkoholi. Kawę niedopitą wylewam do kwaśnolubnego kwiaciorka, czy któreś z nich by zniosło podlanie winem ? Chyba powątpiewam.    Jutro wędrówka, pożyczyłam raczki, jak wspomnę te ostatnie wygibasy na leśnej drodze przypominającej lodowisko to mi się zimno i ciepło robi jednocześnie. A nie chce mi się wcale, planowałam trochę schudnąc a siedząc w domu jedno ciasteczko, drugie ciasteczko,za chwilę nie ma całej paczki; beznadziejna jestem . Wieczorem koncert, o którym też myslę z niechęcią. Oby do wiosny. Zastanawiam się czy posadzone chwilę przed tymi grudniowymi mrozami tulipany mają szansę zakwitnąć ?



niedziela, 18 stycznia 2026

Nie wiem


Czemu to sobie robię, wychodzę rano jako ja, po paru godzinach wraca osoba o 10 lat starsza. Mróz, wiatr, wysiłek, powodują ,ze podczas wędrówki łzy lecą, spływają mi niemiłosiernie i nieprzerwanie, marznąc po drodze,rzezbiąc rynny, ba wąwozy na skórze i po pewnym czasie tworzy się maska, którą nieomal mogłabym straszyć dzieci. Te  20 km,które przeszliśmy, kosztowało nas sporo trudu. Pierwsze kilometry po wałach były ok, ale potem lasami, drogi, gdzie samochody jeżdża były tak wyślizgane i pokryte lodem, że strach było  po tym chodzić. Znaczna częśc grupy zalożyła raki, ja no cóż,nie posiadam takowych, toteż albo balansowałam na lodzie, a tam gdzie się dało szłam poboczem, brodząc po zaspach, ale wolałam grzęznąc w śniegu niż niekontrolowany ślizg
 . Pisałam kiedyś o panu dotykalskim, często trzymam się na wędrówkach z jedną babeczką Wygląda na to że ona i ów pan spiknęli się, utrzymują to w tajemnicy, nie jestem zbyt spostrzegawcza,jako jednak, że  nasza dwójka, stała się niemal trójką,a krążące fluidy nie mają nic ze mną wspólnego obserwuję całą sytuację z zainteresowaniem i pewnym rozbawieniem. Wędrówki to nie tylko wysiłek i przełamanie pragnienia spędzenia całej zimy pod kocem z ksiązką, to także okazja do rozmów z  ludzmi, z tym parę słow, kilka zdań z innym. Można się powygłupiać i pożartować. Jednak nic na siłę. Zapisałam się do grupy rowerowej, pózno bo pazdziernik, listopad,miesiące wszak zajęte miałam, okazało się ,ze choć grupa zimą nie jezdzi to spotyka się regularnie w knajpach, a nasiadówki trwają długie godziny. Kiedy otrzymałam pierwsze info, podziękowałam i odpisałam, że dołączę do grupy, kiedy zaczną się wyjazdy rowerowe, za tydzień info z naciskiem, że powinnam się integrować, potem znowu kolejne...Siedzieć z obcymi ludzmi, niech będą nawet sympatyczni, to dla mnie mało komfortowa opcja, a finanse ? Maciek przyspawał się do moich drzwi, co wychodzę z domu, widzę Macka, burczę i narzekam bo czasami zjada więcej niż mój osobisty kot,ale zważywszy na to co się dzieje za oknem jak nie nakarmić zwierzaka, poniewierającego się po tym zimnie.



A propos, zwierzaków, jako ,że dzisiaj daję odpocząć swoim członkom, nadmiernie wczoraj eksploatowanym, przyłapałam rozrabiakę. Wiem,  mam burdel na balkonie jak niewiemco, do tego doszła stara komoda, o której wyniesieniu jak tylko pomyślę, czuję ból w plecach, ale ciągle poprzewracane doniczki, woda w sporym pojemniku, dbam, żeby nie zamarzała, normalnie znika w oczach, dziwiłam się, że te sikory tak bardzo rozrabiają i tyle piją :)

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Kupiłam


Wreszcie, nareszcie komodę. Doprawdy mam długi lont, do zakupu tegoż przedmiotu zbierałam się tak pi razy oko,od trzech lat. W starej komodzie jedna szuflada nie wysuwała się wcale, w drugiej odpadał dekielek, próbowałam naprawiać, podklejać, nieumiejętnie to jednak robiłam bo efekty były mizerne. W jednej szufladzie, z konieczności trzymałam  gatki i skarpetki razem, więc szuflada była tak napchana, że z trudem ją zamykałam, i zawsze jakiś gać albo skarpetek wyłaził na wierzch czego widok był irytujący dosyć. Komoda miała być pasująca kolorem do pozostałych mebli i takoż rozmiarem. Ponadto design klasyczny, bez udziwnień, a co najważniejsze szuflady dosyć pojemne, i cena, oczywiście cena w granicach dla mnie do przyjęcia. Obeszłam swojego czasu wszystkie meblowe w mieście i jak daję słowo nic mi tak na prawdę nie pasowało.Kiedy tylko pojawiał się jakiś dodatkowy pieniądz zaczynałam znowu oglądać komody :) I upatrzyłam ysk, wyprzedaż, yes! Koleżanka pomogła mi przewiezc, czasami dotkliwie odczuwam brak własnego transportu. wysadziła mnie kawałek od bloku, nie mogła  pomóc dzwigać, jest po operacji i przez chwilę tak tkwiłam w śniegu z ponad czterdziestokilowym pakunkiem, którego prawie nie mogłam unieść. Zapewne powinnam poprosić o pomoc, ale ja i proszenie, nie zwykłam. Jako ,ze snieg dookoła, pchanie okazało się naturalną opcją, zawlekłam do klatki, ale potem schody, mieszkam na ostatnim, czwartym piętrze bez windy, powolutku, pomalutku, schodek po schodku,gdybym nie dała rady zawsze mogłam rozwalić opakowanie i nosić deska po desce,ale w koncu stanęlam w mieszkaniu, bez tchu,z nadweręzonym  kręgosłupem i cieniem satysfakcji, cieniem? Na więcej nie miałam siły. Wydawało mi się ,że najgorsze jest za mną ,ale och. W środku odkryłam cały pierdylion róznych srubek, jakieś dziwne nie wiadomo co i instrukcja. Nie jestem dobra w technicznych rzeczach, nie mam wyobrażni przestrzennej. Trzy dni, części komody zajmowaly pokój, goniłam kota, dla którego łapanie w zęby małych szeleszczących  woreczków stanowiło świetną zabawę.  Ślęczałam nad rysunkami, usilując pojąc co z czym i do czego, najgorsze jednak okazało się wkręcanie. Masa wkrętów, nie mam narzedzi, te zabrał eks ze sobą, jakieś stare, powyginane śrubokręty zostały mi w spadku, po wkręceniu pierwszych kilkunastu śrub, czasami zamiast otworu była tylko mini dziurka wskazująca na miejsce łaczenia, potworzyły mi się pęcherze, palce poowijałam plastrami, i tak parę śrubek rano, parę w południe, parę razy uznałam ,że nie dam rady, cos tam zle zrobiłam... musiałam te wkręcone śruby wykręcać z powrotem. W końcu komoda stanęła z działającymi szufladami i wygląda tak prosto, tak niewinnie, małpa jedna :)

Sobotę  spędziłam na wędrówce z Pttkiem, dawno mnie tam nie było, mróz, wiatr, trochę śnieżyło, oczy mi bardzo łzawią od mrozów, ale jaka to wielka przyjemność wrócić po kilkunasto kilometrowym  marszu do domu zaszyć się z ksiązką w ciepłym kącie i słodkościami na talerzu ...     

 

Kartkę dostałam w piątek, świąteczną, kocham pocztę :)

Kocham

swojego listonosza. Spaceruję sobie w piątek z piesem po lasku, gdzie Bari jak to Bari szczeka,a głos ma potężny i donośny, dzięki czemu cał...